Kochani, to będzie długi post 🙂 Byłam na kinowej, najnowszej Lalce, ale zanim podzielę się bardzo subiektywnymi wrażeniami, najpierw o samej lekturze i o tym, jak moja opinia o bohaterach zmieniała się z czasem.
Lalka to jedna z moich najukochańszych książek, a o sile dobrej powieści świadczy też fakt, że jest ona inaczej odczytywana i interpretowana, również przez tego samego czytelnika, w zależności od jego wieku, okoliczności, własnych doświadczeń i przekonań. Ile razy przeczytałam (oraz wysłuchałam) Lalkę, tyle razy zauważałam tam coś innego i przede wszystkim, miałam inne zdanie o Wokulskim i Łęckiej.
Kiedy byłam takim starszym dzieckiem i czytałam po raz pierwszy (a było to ponad 40 lat temu) myślałam, że Wokulski to ideał mężczyzny. Zakochany po uszy, wierny jak pies, bogaty, przystojny, o dobrym sercu. I czemu on biedny trafił na tę okropną snobkę Izabelę, gold diggerkę, która kokietowała każdego, kto się nawinął. No przecież powinna była się z radością i ulgą rzucić na Stasia. Czemu ten biedak nie wybrał sobie Stawskiej, czy chociaż Wąsowskiej?
Taki człowiek (czyli ja) był naiwny i tak prosto odczytywał tak skomplikowane osoby. Potem w szkole, wiadomo, przerabiało się Lalkę jako lekturę, głównie skupiając się na pozytywiźmie w konfrontacji z romantyzmem, na tle społecznym, różnicach klasowych. Wokulski był przez nauczycielkę pokazany jako ktoś dostrzegający schyłek szlachty, krzywdę biedoty, wartość pracy, która powinna być dostępna dla każdego (takie socjalistyczne zapędy, bardzo wtedy podkreślane, bo przecież w Polsce był jeszcze komunizm).
Lata upływały, ja dojrzewałam umysłowo 🙂 i zaczęłam zauważać inne rzeczy. Jaka niby miała być Iza, wytwór epoki i wychowania? Nie było dla szlachcianek innych dróg – nie mogła się kształcić i zdobyć pracy. Wychowywano ją na elegancką lalę, podkreślając, że nie tylko jej urodzenie ale i nieprzeciętna uroda czyni ją wyjątkową. Czy Wokulski nie był cokolwiek creepy, osaczając tę kobietę ze wszystkich stron (kobietę o dwie dekady młodszą)? I przepraszam, kto był tak naprawdę gold diggerem? Nie Łęcka, która się przecież wzdrygała ogólnie przed zamążpójściem i odrzucała bogatych konkurentów, a milionerem Wokulskim wręcz gardziła. To Stach ożenił się dla pieniędzy z dużo starszą wdową, o której się pochlebnie nie wyrażał i miłości z jego strony bynajmniej nie było. Zaczęłam delektować się ukrytym humorem, pojawiającym się przy opisach perypetii poszczególnych bohaterów drugoplanowych, na przykład baronostwa Krzeszowskich czy studentów. Z większą uwagą pochyliłam się nad tłem historycznym, polityką i opisami przeszłości z pamiętnika Rzeckiego.
Kilka tygodni temu na świeżo przeczytałam książkę, po czym dodatkowo wysłuchałam audiobooka, jak również bardzo dobrych podcastów o Warszawie z czasów Lalki (Radio Naukowe oraz Muzeum historii Polski). Mam więc najnowaszą interpretację Lalki oraz bohaterów i subiektywne przemyślenia. Pewnie wiecie, że Prus nazwał powieść Lalka nie dlatego, że za takową uważał pannę Łęcką. Pewnego razu przeczytał w prasie wzmiankę o procesie, w którym bogata kobieta oskarżyła znajomą o kradzież lalki, a niewinności tej pani dowiodła metka znaleziona w środku zabawki. Prus wykorzystał tę sprawę w powieści i tak finalnie nazwał książkę, choć tak naprawdę chciał jej nadać tytuł: Trzy pokolenia. I ten tytuł trochę zdradza, co „autor nam chciał powiedzieć” 🙂 Pokolenie Rzeckiego, Wokulskiego (choć był on zaledwie 5, 6 lat młodszy od Rzeckiego, ale subiekt był stary mentalnie) i Ochockiego. Rzecki to pokolenie romantyczne, żyjące wojnami napoleońskimi i marzeniami o przemianach politycznych. Wokulski to przejście – łączy romantyczną emocjonalność z pozytywistycznym pragmatyzmem i przedsiębiorczością. Ochocki natomiast reprezentuje przyszłość, naukę i wiarę w postęp.
Jest też w powieści schyłkowość – stara Warszawa i jej mieszkańcy, pamiętający inne czasy, wymiera. Miasto się zmienia, przybywa ludności napływowej, sprytni ludzie robią pieniądze, arystokraci nieroby tracą majątki i wzmaga się antysemityzm. Śmierć starego subiekta jest więc symbolicznym końcem pewnej epoki. Nie mogło mi też nie rzucić się w oczy, że Prus trochę krytykuje Polaków. Arystokracja, mimo obycia, majątków, wykształcenia i myślenia o sobie jako o kręgosłupie państwa, zajmuje się zabawami, wyścigami, traceniem pieniędzy w zakładach i choć mają swoje zrywy, to szybko się wypalają. Romantycy i safanduły jak Rzecki żyją przeszłością. Sam Wokulski, człowiek, który mógłby wiele zdziałać dla narodu, dla miasta, dla ubogiej ludności, człowiek z kapitałem i inicjatywą, marnuje to na latanie za szlachcianką, czajenie się na nią w Łazienkach, przepłacaniu za kamienice i wreszcie po prostu znika, sprzedając spółkę Żydom. Tylko ten Ochocki to taki powiew świeżego powietrza, ale z kolei bez majątku.
Prus był wielkim zwolennikiem pracy organicznej, pracy od podstaw. Jednocześnie też krytykował słomiany zapał, hipokryzję, puste słowa i obietnice. Działaj, a nie tylko gadaj. A jak o czymś gadasz, to żyj w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Opowiadał się za emancypacją kobiet i choć przyznawał, że jego zdaniem kobiety są ostoją rodziny i to bycie matką jest najważniejsze, to zdecydowanie popierał prawa kobiet do pracy i edukacji. Wybrzmiewa to również w Lalce. W końcu dzięki pracy Marianna, panienka lekkich obyczajów, staje się „uczciwą” kobietą. Pani Stawska, wzór cnót wszelakich, również zarabia na utrzymanie siebie i córki.
I wreszcie widzę w książce opisanie dylematu: czy posiadając bogactwo i możliwości, jest etycznym skupienie się tylko i wyłącznie na własnym szczęściu, czy jednak mamy moralny obowiązek pomagać krajowi, ubogim, wspierać naukę? Czy ci, którzy mieli dar bądź urodzić się wysoko i odziedziczyć majątki, lub ci, którzy swą pracą czy sprytem zgromadzili kapitał, powinni wykorzystać to do wprowadzania zmian, mających przysłużyć się całej ludzkości?
Jak natomiast teraz, po kolejnym przeczytaniu książki, widzę Wokulskiego? Przede wszystkim jako mężczyznę ambitnego (może nawet chorobliwie), który bardzo chce udowodnić sobie i innym, że zasługuje na więcej, niż z racji czy to urodzenia, czy pozycji, może oczekiwać. Nie ma w książce dokładnej daty urodzenia Stanisława, ale założę się, że to był Koziorożec. Ja wam jeszcze pokażę, ja wam wszystkim udowodnię…
Kiedy jako dziecko Wokulski łaknął wiedzy, oddano go do sklepu. Kiedy będąc subiektem studiował po nocach, wyśmiewano jego zamiary. Sam wspomina o tym w swych rozkminach, chodząc po Powiślu – że wszyscy szydzili z niego, począwszy od kuchcików, na podpitej klienteli skończywszy. Kiedy dostał się na uniwersytet, tam z kolei wyśmiewano jego kelnerowanie. Na Syberii zdobył uznanie i przyjaźnie, wrócił do kraju prawie uczonym, ale znów pracę mógł znaleźć jedynie w handlu. Kiedy ożenił się dla pieniędzy ze starszą wdową, ponownie był powodem podśmiechujek.
Wydaje mi się teraz, że właśnie to pchnęło go do Łęckiej. Była to chyba ostatnia kobieta w Warszawie pod kątem dostępności dla niego, więc było to wyzwanie, by udowodnić i sobie i innym, że i ją zdobędzie. Ponieważ tytułu nie miał, jedyne, czym mógł dostać się na salony a więc w pobliże wybranki, był majątek. Tak też Wokulski rzucił się na wojnę turecko rosyjską, by przy sporym ryzyku zostać milionerem. I takiego go spotykamy na początku książki, kiedy wraca do Warszawy z grubą kasą.
Wokulski jest charyzmatyczny, silny, z prezencją i pewnością siebie. Część tego to wypracowany przez lata pancerz, część to superiority, jaką daje fortuna. Wokulski nie obawia się konfrontacji z arystokracją, którą tak naprawdę pogardza. Irytuje go niemożebnie fakt, że mimo, iż jest od nich lepszy, to jest traktowany z pobłażaniem. Wie, że jako czowiek wart jest więcej, niż dziesięciu łapiduchów i leserów jak na przykład Starski, ale to Starski nadal będzie faworyzowany w kolejce do panny Izabeli. W nowoczesnym języku: to mu ryje banię 😀
Jednocześnie, to ten typ człowieka, któremu jest ciągle źle. Jest taka piosenka Rysa na szkle, która mi to dobrze odzwierciedla: „Czego wciąż mi brak, przecież wszystko mam, obcy ludzie mówią że tak zazdroszczą mi. Czego wciąż mi brak, co tak cenne jest, że ta nienazwana myśl rysą jest na szkle”. Kurcze, człowieku. Masz kasę, przyjaciół, biznes, zdrowie. Kobiety się podkochują w tobie, choćby pani Stawska i pani Wąsowska. Ale pani Stawka stoi niżej w hierarchi, a Wąsowska sama się narzuca, a nasz Staś lubi wyzwania i chce pokazać, że co z tego, ze Iza nie chce. Ważne, że on chce.
Ciekawym aspektem postaci Wokulskiego jest też jego wrażliwość na krzywdę ludzką. Wydawało by się, że skoro sam wyniósł się z biedy, to będzie to motywacją do dobroczynności, ale nie. Wokulski mówi kilka razy, że tak jest świat urządzony, że silni przeżywają, a słabe jednostki muszą zginąć. Przyznaje, że widywał nędzę lecz nie reagował, że co prawda wpłacał pieniądze na różne cele, ale bardziej bo tak wypadało. Wokulski miał raczej awersję do biedoty, którą utrzymywali ci pracujący i zarabiający. Dopiero sytuacja z Wysockim uzmysłowiła mu, jak można wybawić kogoś z niewoli i uratować rodzinę niewielkim kosztem oraz że bieda nie bierze się tylko z niechęci do roboty.
Mimo to, Wokulski utożsamiał się z sukcesem i bogactwem i aspirował do klasy wyższej, od biedoty się odcinał a w tych przypadkach, gdzie faktycznie widzimy jego pomoc, on to traktuje prawie jako eksperyment. Zobaczymy, co się stanie, kiedy prostytutka dostanie szansę na wyjście z tego zajęcia. Czy spotkany w Zasławku zdolny chłopak faktycznie wyjdzie na ludzi, jak się mu da szansę w Warszawie. Osobiście nie przesadzałabym z nadawaniem Wokulskiemu cech dobroczyńcy. No i jest też Stach osobą podatną na opętanie jakąś ideą. Dla takiej idei może poświęcić wszystko i stracić głowę. Mogły to być machiny latające, chemia nie organiczna czy jakaś inna nauka, ale zastąpiła je miłość czy obsesja na punkcie panny Ł.
Po to był ten długi wstęp, moi drodzy, żeby pokazać Wam, co według mnie jest nie tak z filmem. Bo książka, która jest tak głęboka i tak wielowątkowa, z bohaterem tak niezwykłym i pełnym sprzeczności, została sprowadzona do nieszczęśliwej miłości kupca do szlachcianki. Na jednym z blogów, które czytuję, pojawiła się recenzja, gdzie autorka nie znająca książki pisze o filmie: Jest to historia o tym, że ona go nie chciała. I jest to jak najbardziej dokładne streszczenie tej produkcji, która odbiera powieści i bohaterowi wszystko, zostawiając romans.
Najpierw jednak napomknę, że wykrakałam, bo w poście z 2018 roku o ekranizacjach książek napisałam, że czekam na nową ekranizację Lalki, gdzie Wokulskiego grałby Dorociński, a Rzeckiego Marek Kondrat. No więc zacznijmy od obsady. Do produkcji wciągnięto chyba wszystkie znane nazwiska z trzech aktorskich pokoleń. Jakby każdy się bił, aby choćby zdanie powiedzieć. Pan Kondrat chyba już 20 lat jest na aktorskiej emeryturze, ale zrobił wyjątek. Wspomnę panią Maję Komorowską, pana Englerta, pania Kuleszę i „młodego” Stuhra 😉 Jan Englert to zaliczył już drugą Lalkę, bo to on był Mraczewskim z serialu z lat 70tych.
Szczerze mówiąc, nie wiem, czy taka gwiazdorska obsada była konieczna i coś wniosła, bo większość miała epizodziki. Wszyscy się zachwycają panią Kuleszą w roli swatki – owszem, miała najwięcej do grania i najlepsze teksty. Przy wielu osobach miałam odczucie, że widzę nie postaci, ale po prostu aktorów odtwarzających rolę, lepiej lub gorzej. Były też w obsadzie smaczki, jak projektantka mody Gosia Baczyńska w epizodziku krawcowej. Jak dla mnie aktorsko wybijali się tylko pani Kulesza, pan Kondrat i Maciej Stuhr.
Co do scenografii i kostiumów – jakoś ta Warszawa została ubogo przedstawiona, żadnych szerokich kadrów, rozmachu – kilka ulic i do tego w irytującej manierze rozmazywania się tła. Nie jestem co prawda ekspertem mody na przestrzeni dziejów i jak kogoś interesuje zgodność kostiumów z epoką, to zapraszam tu. Ale wiecie, jak na przykład przy Emmie kostiumy powalały na kolana, tak tutaj nawet jakoś specjalnie uwagi nie przyciągnęły. Co ja tam o Emmie… porównajmy z Lalką serialem z siermiężnych lat 70tych. Jak zamknę oczy, to w wyobraźni widzę Wokulskiego, jak się lansuje w tym jasnym, eleganckim outficie idąc do Łazienek, mając na głowie kremowy cylinder, który tak raził w oczy starego Łęckiego (bo jakże to, kupiec w jasnym, modnym kapeluszu).
Montaż i przedstawienie akcji są bardzo nierówne – często scena jest ciachnięta jakby w połowie. Nie wiem po co film zaczyna się sceną bodajże z wojny, gdzie Stach robi za bohatera. Jaki to miało sens? Natomiast wiele innych fragmentów bardzo na plus i film wtedy dostawał życia – choćby scena wyścigów i pobyt Wokulskiego w Paryżu – gdzie zastosowano taką kompozycję, że wydarzenia z dwóch innych czasów są pokazane na przemian, co bardzo dodaje dynamiki. Fajne było mrugnięcie okiem do widza i wprowadzenie do filmu samego Prusa, który jako pracownik gazety odwiedza nowo otwarty sklep Wokulskiego i chce robić z nim wywiad, po czym Stach odsyła go do Rzeckiego mówiąc: powinien pan napisać jego pamiętnik.
Słyszałam zarzuty, że film jest nudny – osobiście nie zgadzam się. Prawie trzy godziny zleciały szybko. Inni wypominają, że jest ponury i bez humoru. Nieprawda – to nie jest komedia, ale dialogi są lekkie i często zabarwione humorem, niektóre postaci są odpowiednio przerysowane, Stuhr i Kulesza wywołują uśmiech za każdym razem, jak się pojawią, a piosenka o winie: dla nieletniej krople dwie, niech od dziecka uczy się – na stałe zostanie w moim śpiewniku.
No to przechodze do poważnego zarzutu, o którym wspomniałam na początku – o przekazie. Ludzie, jeśli nie czytaliście książki, proszę, zróbcie to (na you tube jest darmowy audiobook) i zobaczcie kultowy serial z 1977 roku (też na you tube) który jest jak Duma i Uprzedzenie BBC z 1995 – nic go nigdy nie przebije, a Wokulski będzie zawsze Panem Kamasem i odwrotnie. Jeśli z książki o schyłku epoki, zmianach pokoleniowych, sile pracy, krytyce warstw społecznych, szczęściu jednostki versus szczęście ogółu, chorobliwej ambicji prowadzęcej do zniszczenia i spełnianiu marzenia, które cię zabija, wykrojono historię o tym, że on ją kocha, a ona jego nie chce, to jest to zbrodnia.
I niestety, tu przechodzę do wytoczenia najcięższego działa – jest to też wina postaci Wokulskiego. Może sam pan Dorociński, którego podziwiam i lubię, nie ponosi za to odpowiedzialności, raczej zamysł reżysera i scenariusz. Co to jest, ja przepraszam, za Wokulski? Wokulski byl alpha male. Miał, jak już wspomniałam, charyzmę, prezencję i posłuch. Nie miał problemu z założeniem kremowego garnituru i białego cylindra, bo taki miał kaprys i go g..no obchodziło, co sobie kto pomyśli. Jadł bezczelnie ryby nożem i widelcem, łamiąc konwenanse. Wszedł na salony ze swoją kasą i miał konsekwentny plan na zdobycie kobiety. Sobie zobaczcie, jak w serialu chodzi i jak się prezentuje Kamas, jak mówi i jak się zwraca do ludzi wyżej urodzonych. No właśnie.
Niestety, ale Wokulski pana Dorocińskiego, poubierany na czarno jak grabarz, i z podobną miną przez większość filmu, to postać zgoła inna. Już jego mowa ciała, jak chodzi, jak się waha, by podejść, jak się ciągle peszy przebywaniem wśród arystokracji, daje mi vibe osoby, która wie, że tam nie pasuje. Temu Wokulskiemu do głowy nie przyszło, że mógłby startować do Izabeli. To pani Meliton, swatka, zauważa jego zainteresowanie i dosłownie pcha go do akcji, mówiąc co ma robić, w co się ubierać, gdzie bywać. To ona jest sprawczynią, on ślepym wykonawcą.
Wokulski w tej wersji wydał mi się irytujący i męczący, a jedyne sytuacje, gdzie był interesujący, to Paryż i rozmowy z Geistem. Tak tak, Staś przygasał w scenach z arystokracją, a bardziej sympatyczny jawił się w swoim naturalnym środowisku. Czemu Dorociński miał takie rozszerzone oczy cały czas… momentami przypominał mi Charliego Chaplina. Ludzie piszą, że ten aktor jest za przystojny do roli – ale skąd. Po pierwsze, Wokulski książkowy był przystojny, po drugie – z całym szacunkiem, nie przesadzajmy. Normalny chłop koło pięćdziesiątki.
Tak więc Wokulski jest rozmemłany, jak na swoje lata przesadnie romantyczny, jego motywy zostały sprowadzone do beznadziejnej miłości (sceny w Paryżu symbolizują nawet coś w stylu zaślepienia jak hipnozą). A w książce Stach w myślach krytykuje Izabelę, wiele razy wydaje się mu, że przejrzał na oczy, ale każdy ewentualny konkurent/konkurencja tylko zaostrza chęć zdobycia Izabeli. I to jako trofeum, bo nie ma tu jakichś podtekstów erotycznych i pożądania. W powieści Stach knuje… co prawda osaczanie Izabeli według niego jest chęcią pomocy, ale przyznajmy, z jej punktu widzenia to się inaczej prezentuje.
Co do samej Izabeli i gry pani Kamili Urzędowskiej – bardzo ją zjechano. Cóż, tak krawiec kraje, jak mu materiału staje. Co ona miała do zagrania? Skoro tego Wokulskiego motywacją do wybrania akurat jej było nic innego, ale uroda, to ją akurat ma. Aczkolwiek uważam, że obsadzenie w roli pani Wąsowskiej aktorki urodziwszej i z oczami jak gwiazdy, czyli pani Dębskiej, trochę odarło tę motywację z sensu. Jeszcze tylko uwaga – Izabela mówi z zaciśniętymi szczękami, ale może tak miało być? Ogólnie Izabela jest tak nijaka jak Wokulski jest rozmemłany i tyle w temacie.
Zakończenie filmu jest takie, jak w książce. Tylko że na przykład podczas czytania książki i oglądania serialu z Kamasem, rozumiemy, czemu Wokulski mógł być tak załamany czy nawet złamany, by rzucać się pod pociąg. Podczas tego seansu aż dziw, że fakt, iż młoda kobieta, która mogłaby być jego córką i która ma go w głębokim poważaniu, romansuje jeszcze przed ślubem z równolatkiem, popycha go do tak radykalnych rozwiązań. Panie, w pana wieku… weź się pan w garść bo aż wstyd. Ludzie nie mają co do gęby włożyć, a tu milioner biedaczek się zabija, bo mu nie wyszło z dziewczątkiem. WtF
Jakbym miała dawać ocenę, to tak 6 na 10. Ale słuchajcie: ile jest adaptacji Dumy i Uprzedzenia, Powiesci Wigilijnej, Makbeta itp. Cieszmy się każdą nową wersją polskich powieści. Niech się kręci 🙂 Wstydu nie ma, film warty obejrzenia, wielu osobom się bardzo spodoba i o to chodzi. Ja bym może chciała, żeby się ktoś odważył teraz nakręcić kontunuację, gdzie Wokulski/Dorociński pozoruje śmierć i wyjeżdża do Anglii, po czym zostaje tam słynnym Kubą Rozpruwaczem. Czasowo się spina 🙂
A że jest w modzie porównywanie tej Lalki z Netflixowską… nie za bardzo jest co porównywać, bo kino to wierna w miarę adaptacja, a Netflix to fanfik ( który mi się bardzo podobał zresztą). Mogę jednak porównać aktorstwo i tu moim zdaniem serial bije na głowę film. Każda główniejsza rola jest obsadzona i zagrana lepiej a Schuchardt i Drzymalska to już czapki z głów. Chyba też bardziej kostiumy rzuciły mi się w oczy w serialu, a już na pewno fryzury. Oczywiście nadal na miejscu pierwszym wśród Lalek w każdej kategorii jest serial z Kamasem. A jakby się ktoś dziwił, że nie piszę nic o Lalce Hasa, to na ten film razem z grubym i chamskim Wokulskim w wykonaniu pana Dmochowskiego spuszczam zasłonę milczenia.