Rozważna i romantyczna 2026

Bardzo chciałam, żeby nowa adaptacja Rozważnej i Romantycznej była dobra. Straciłam nadzieję po zobaczeniu zajawki, ale i tak dzielnie postanowiłam to zobaczyć. W końcu prawdziwy fan Jane Austen musi zacisnąć zęby i po prostu przejść przez wszystkie nowe wersje, nawet te bardzo złe. Przeżyłam netflixowskie Perswazje, więc chyba gorzej nie mogło być. Ale było.

Uważam, że do ekranizacji klasyki powinno się podchodzić na dwa sposoby. Albo odpinamy wrotki i idziemy w re-telling typu netfliksowska Lalka albo właśnie Perswazje (które zjechałam, może niesprawiedliwie) albo robimy zgodnie z oryginałem. Co oczywiście nie oznacza, że musi być słowo w słowo jak w książce. Ale jak zmieniamy całą wymowę powieści i charakter głównych postaci, jak to się stało w kinowej Lalce z Wokulskim, często kończy się mniejszą lub większą katastrofą. A jak jeszcze postanawiamy ignorować realia epoki…

Nowa Rozważna i Romantyczna nie wie, czy ma być re-telligiem, fantazją jak Bridgerton czy wierną ekranizacją. Czy może crossoverem z Wichrowymi Wzgórzami. Na pewno jest ucztą dla oczu dla jesieniary. Wszystko jest w barwach brązu i zgniłej zieleni, mamy ujęcia w tzw golden hour czyli przy zachodzącym słońcu, złociste drzewa itp. Ogólnie zdjęcia na plus, zwłaszcza te we wnętrzach, bo filmowano bez użycia sztucznego światła. Jest więc przytulnie, bo świece i kominki.

Nie ma w tym filmie humoru Jane Austen. Adaptacja z 1995 była rewelacyjna, bo Emma Thompson potrafiła napisać scenariusz oddający sprawiedliwość ciętemu dowcipowi Jane. Tu reżyserka stawia na powagę i ta cała kolorystyka, takie rozmycie krajobrazu jak na płótnach malarzy, brak kontrastu i koloru dodatkowo to potęguje. To jeszcze nic aż tak złego – w końcu mieliśmy adaptację dowcipną, czemu nie mieć melancholijnej i smutnawej. Ale dalsze poprowadzenie postaci to zamach na tytuł i na główną oś całej powieści. Rozważna i romantyczna. Elinor i Marianne – dwie siostry, bardzo różne, kochające się ale często nierozumiejące się wzajemnie. Elinor jest tą rozważną – introwertyczna, opanowana, trzymająca emocje na wodzy, patrząca trzeźwo na swą sytyację i na świat. Marianne to ta romantyczna, choć słowo angielskie sensibility oznacza coś innego: wrażliwość, uczuciowość, emocjonalną naturę.

Tymczasem w nowej adaptacji Elinor, grana przez Daisy Edgar Jones, wcale nie jest taka spokojna, opanowa i trzymająca emocje na wodzy. Wręcz przeciwnie – wybucha emocjami, wygarnia Edwardowi parę razy, na końcu filmu – uwaga spoiler – właśnie przez swą implusywość prawie go traci, ale potem biegnie za nim po polach. Marianne natomiast, z całą swą naiwną młodzieńczością, wierszami, infantylnością i niedojrzałościa była postacią dającą się lubić, bo pod tym wszystkim kryło się dobre serce, pragnienie uczuć i mimo wszystko czar tej naiwności. Tymczasem nowa Marianne to bardzo wkurzająca, niewychowana, trochę dzika i niezbyt też ładna dziwczyna, kojarząca mi się bardziej z Lidią z Dumy i Uprzedzenia.

To chyba czas, żeby zacząć o włosach i strojach. Pani i panny Dashwood nie były zamożne, ale nie były też biedne, dodatkowo była to rodzina ziemiańska, poważana, a córki odebrały edukację i wychowanie godne młodych dam. Tymczasem w tej adaptacji wszystkie prezentują się jak służba. A już Marianne, walająca się po trawie i włócząca po polach jak Katherine z Wichrowych Wzgórz, z włosami jak topielica… za każdym razem jak ją pokazywano, myślałam: niech ktoś tę dziewczynę wykąpie, uczesze i wypierze jej ciuchy. Nawet w towarzystwie innych i w sytuacjach oficjalnych, Marianne prezentuje się w najlepszych wypadku niedbale. Lubuje się też w jedzeniu w wybitnie nieelegancki sposób owoców oraz mówienia z pełnymi ustami. Jakim cudem porucznik Brandon i Willoughby zakochali się w tym okropnym, flejtuchowatym dziecku??

Gdzieś ktoś napisał, że to jest ekranizacja dla Gen Z, który jest z głupi, żeby zrozumieć realia epoki. Jakby się im pokazało normalny dom, jakie dostały panie Dashwood, wydałby się im willą. Jakby panny Dashwood były czyste i uczesane, nie zrozumieliby, że ich pozycja majątkowa się bardzo pogorszyła. Jakby Marianne nie paradowała w tłustych włosach po polach, nie zrozumieliby, że to ta „romantyczna” bo wiadomo, nic tak nie krzyczy „romantyzm” jak ubłocone zgrzebne suknie i brudne od jeżyn paluchy. A mnie się wydaje, że pod pozorem upraszczania słownictwa, łopatologii i przetłumaczania na dzisiejsze standardy, właśnie czynimy to pokolenie idiotami, nie na odwrót.

Nie tylko humor zniknął ale i wiele smaczków, takich jak na przykład manipulacje panny Steale i Fanny, interesujący ekscentryczny charakter pana Palmera, przemiana Marianne i te wszystkie podprogowe przekazy o tym, jak skrzywdzone były kobiety poprzez patriarchat i majorat. Jak okropne było zostawienie swego domu, majątku, środowiska, bo się było kobietą i wkraczał jakiś brat, kuzyn, dziesiąta woda po kisielu, tylko dlatego, że był męskim potomkiem. Jak straszna była świadomość, że się jest zależną od czyjejś dobroczynności i jedynym wybawieniem jest zamążpójscie. Zresztą zauważmy, że Jane Austen podkreślała również sytuację mężczyzn – jak Edward i Willoughby byli zależni od matek i cioć i też nie mogli podążać za swym sercem i przekonaniami bez poświęceń.

To jeszcze trochę o obsadzie, która nie jest w większości gorsza od tej z filmu Emmy Thompson – tak grają, jaki jest scenariusz i wizja reżyserki. Między aktorami odtwarzającymi rolę Elinor i Edwarda faktycznie czuć chemię (jest też piękna scena w muzeum, kiedy milczenie i wyraz oczu i twarzy mówią tak wiele). Brandon jak Brandon, jeździ na koniu i ma poważną minę. Mogli tu dać kogokolwiek, jest nieznany mi Norweg. Panią Dashwood gra przepiękna aktorka Catriona Balfe, była modelka i aniołek Victoria Secret, znana z Outlandera. Jest piękniejsza od wszystkich swoich córek razem wziętych i na miejscu Brandona to tam bym uderzała. Największe zastrzeżenia obsadowe mam do roli Marianne oraz pana Palmera (w starej wersji gral go niesamowicie Hugh Laurie) w której to męskiej roli obsadzono aktorkę Eliot Sumner, podpisującą się them/they. Mówi sztucznie obniżonym głosem i jest to jak parodia w jakimś skeczu. Aktorka to nepo baby (ojciec Sting). Jak mówimy o parodii – tańce… Nie wiedziałam, czy mam płakać, czy się śmiać. Jeśli już widzieliście, wiecie, o czym mowię. Co to miało być??

Tak więc, nie wiem, o czym był ten film, bo na pewno nie opowieścią o rozważnej i romantycznej. Kiedyś mi się wydawało, że po netflixa Perswazjach, Jane przewraca sie w grobie, ale nie. Tamten film to była zabawa, może nie najwyższych lotów, ale jednak. A to ma być na poważnie. Epoka regencji jest tak popularna wśród czytelników i widzów, bo chcemy oglądać te suknie, czepki, kapelusiki. Chcemy patrzeć na konwenanse, zachowania, układy, chcemy widzieć te bale, sluchać rozmów, jakie są przeprowadzane z uwzględnieniem zasad etykiety. Nie chcę, żeby Marianna żarła żarłocznie jabłka i gruszki, żeby mówiła Brandonowi, że jest „sincerely dull”. Żeby leżała w polu na trawie jak mokry lis. Nie chcę oglądać tej rodziny w burych siermiężnych strojach jak u chłopek i nie chcę widzieć rozpuszczonych, splątanych włosów ani brudnch paznokci u panien Dashwood. Kropka.

W grudniu czeka nas serial Duma i uprzedzenie, zrobiony przez Netflix. Pokazał się już zwiastun. Oczywiście Mr Bingley jest czarnoskóry, ale przymykam oko. Nie podoba mi się natomiast Emma Corrin jako Lizzy. Ma bardzo męską urodę i dużo chłodu w sobie. Jest też reprezentacja szczupłych inaczej, czyli wielkich rozmiarów Kitty. Nie nastawiam się negatywnie, bo przynajmniej stroje i wnętrza wyglądają pięknie i nie ma topielic w strąkach. A to już jest plus.

Skomentuj

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.