Wizyta w Abbeyleix

Wiele jest w Irlandii miasteczek takich, jak Abbeyleix, do którego zawitałam niedawno po raz drugi. Niby nic ciekawego, można przejechać przypadkiem i nawet nie mieć ochoty się zatrzymać, a jak człowiek się jednak zatrzyma, pochodzi, poczyta, zainteresuje się, to ciekawe historie związane z danym miejscem wyłażą z każdej bramy, każdego zaułka, każdego domu.

Staram się do takich niepozornych miasteczek jeździć, odkrywać je i pisać o nich. Turystów tam jak kot napłakał, jak już, to zdarzają się tacy jak ja, czyli pasjonaci lokalnych, irlandzkich klimatów, którzy już nachapali się klifami Moheru, Kilkenny czy Donegalem, więc szukają nieznanych nikomu smaczków. Tak znalazłam Graiguenamanagh, Shillelagh, Inistioge czy Dunmore East. Takim jest też mój Baltinglass 🙂

Choć nazwa Abbeyleix wiele razy obiła mi się o uszy, a także oczy, to dopiero wirtualny tour na platformie Heygo zachęcił mnie, by tam pojechać w lecie, kiedy jeszcze panowały restrykcje i wszystko było pozamykane, oprócz take away. No cóż, podczas drugiej wizyty wcale nie wyglądało na to, że wszystko się pootwierało. Taki urok niewielkich miasteczek, jaki biznes, poza sklepami z jedzeniem i stacją paliw, ma sens i szansę przetrwania? Pub, jakiś coffee shop, apteka. Słucham właśnie audiobooka „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast” i choć nie można porównać sytuacji w Polsce z Irlandią, to również tutaj widać, że jest raczej pustawo. Tyle, że ludzie nie mają problemów z dojazdami do pracy (jak ci z ksiażki) i nie pracują w jednym zakładzie pracy po 30 lat, żeby sobie nie móc znaleźć pracy nigdzie indziej, jak ten zakład szlag trafi. Nie, nie chodzi o to, że biednie jest i bezrobocie, tylko że takie Abbeyleix jak i moje miasto, to są takie już bardziej noclegownie. Pracuje się gdzieś poza, zakupy wiadomo, robi się poza, w centrach handlowych, jak już, to na miejscu się idzie do pubu.

Mnie to akurat nie przeszkadza, tylko że np w Baltinglass już ponad 80% lokali komercyjnych stoi puste. No bo co tu otwierać? Sklep z butami? Z ciuchami? Z kosmetykami? Wiadomo, że nie pójdzie. Rzeźnik daje radę, sklep z produktami ekologicznymi, dwie kawiarenki no i 2 puby (a było ich kiedyś 12). Nawet charity shop się zamyka. Niefajnie takie pustostany wyglądają, że już nie wspomnę o walących się ruderach, z którymi nic zrobić nie można, bo do kogoś należą. Tyle tylko, że mamy tu giganta w branży rolniczej, z dużym sklepem, choć ogólnie zajmują się głównie dostarczaniem nawozów na dużą skalę. I lokalnego milionera, który czasem lata nad miastem swoim helikopterem, a rozbija się kremowym porszakiem.

W Abbeyleix aż tak kiepsko nie jest, przynajmniej nie wygląda. Jest więcej małych sklepików, mniej pustych lokali. Ale niech Wam się nie wydaje, że w poniedziałek do południa znajdziecie jakieś fajne miejsce na kawę, o nie. Jedyna miła knajpka jest otwarta tylko od czwartku do niedzieli. Za to mają w Abbeyleix muzeum. No i kupę ciekawych historii, a dodatkowo powiązanie z Titanikiem!

Zacznę od rodziny, która doprowadziła kiedyś miasto do ogromnej prosperity, a której przedstawiciel Thomas Eustace Vesey dalej mieszka w okolicy, niezmiernie szanowany i lubiany (jak i jego przodkowie), dzierżąc tytuł 7go Wicehrabiego De Vesci, 8go Barona Knapton (jego żona jest wnuczką jakiegoś indyjskiego maharadży…) Niestety wicehrabia już nie rezyduje w rodzinnej posiadłości, którą sprzedał pod koniec lat 90tych jednemu z panów, którzy założyli STRIPE, internetową metodę i obsługę płatności (którą notabene wykorzystuję na blogu). Ha, zaczynam jak każda starsza pani NIE TRZYMAĆ, jak mówiła Pani Maria Czubaszek, w sensie NIE TRZYMAĆ się tematu. Wracam więc do De Vescich.

Abbeyleix House – zdjęcie znalezione w internecie.

Zanim pojawili się oni w Abbeyleix, miasteczko rozrosło się od małej osady wokół opactwa cystersów, do większej osady liczącej 52 rodziny. Niestety, jak wiadomo opactwa powstawały przy rzece, a te mają to do siebie, że lubią wylewać. Mieszkańcy byli więc dręczeni ciągłymi powodziami, dopóki ziem nie przejął w 1750 r poprzez małżeństwo John Vesey, drugi wicehrabia De Vesci. Postanowił on dosłownie przenieść miasto wyżej, gdzie powodzie go nie dosięgną. Osobiście zaplanował nowy rozkład ulic, budynki i tak dalej, co czyni Abbeyleix jedynym w ten sposób zaprojektowanym miastem w Irlandii – to znaczy z głową.

De Vesci pobudowali szkoły, kościół (ponoć co kilka tygodni zmieniali religię z katolików na protestantów i odwrotnie, jak wiatr akurat wiał) doprowadzili kolej do miasta, a także opiekowali się ubogimi. Dzięki ich pomocy społeczność nie ucierpiała podczas Klęski Głodu tak, jak inne regiony. Lord De Vesci obniżył bowiem czynsze o połowę, czasowo zamroził podatki i organizował dzielenie się żywnością, żeby dla każdego starczyło. Mimo to wiele osób zmarło, a niektórzy zdecydowali się na emigrację. Jednym z nich był William Shoney O’Brien, który postanowił szukać lepszego życia w San Francisco. Bez grosza przy duszy zatrudnił się jako barman, ale dzięki sprytowi, inteligencji a pewnie i szczęściu, stał się przedsiębiorcą, właścicielem saloonów, bankierem i finansistą, o ksywce Jolly Millionaire, jednym z najbogatszych ludzi w Ameryce.

Pod koniec XIX wieku Abbeyleix zaczęło odczuwać poważne skutki klęski głodu i zapaści gospodarczej. Ówczesny 5ty Wicehrabia De Vesci, Ivo Vesey, robił co mógł, żeby dać mieszkańcom zatrudnienie i uworzyć biznes, który przynosiłby dochód. Chodziło głównie o pracę dla kobiet, które potraciły mężów i synów, bo ci albo zmarli, albo wyemigrowali. Ivo wpadł na pomysł otwarcia fabryczki dywanów, ale zrobienie jednego dywanu wymagało mnóstwo czasu, a im bardziej skomplikowany wzór, tym więcej. Na szczęście Ivo szukał, szukał aż znalazł. Okazało się, że jego znajomy, Lord Ashbrook, jest z zamiłowania wynalazcą. Część jego wynalazków była całkiem nieudana (ponoć pan ów nie miał brwi i rzęs, bo opalił je sobie podczas eksperymentowania z jakimiś gazami) ale jeden okazał się strzałem w dziesiątkę, było to mianowicie urządzenie, które przewlekało igłę z nicią automatycznie, co znacznie przyspieszało proces wytwarzania dywanów. Niestety nie wiem, jak to się fachowo po polsku nazywa.

Ivo odkupił patent i w 1904 roku otworzył fabrykę dywanów w Abbeyleix. Tak mi się nasuwa refleksja, że czasem arystokraci postrzegani są jako nieroby, żyjące z pracy wyzyskiwanych przez nich ubogich najemców, ale to nie jest oczywiście prawda, o czym się wciąż przekonuję. Ale znów NIE TRZYMAM się tematu, więc wracam do fabryki. Był to hit. Dywany o wysokiej jakości i ciekawych, inspirowanych celtyckością wzorach sprzedawały się nie tylko w kraju ale i w Londynie oraz Ameryce. Fabryka wykonała też 4 sztuki do sali na Titaniku, na szczęście Ivo chyba miał jakieś przeczucia, bo uwiecznił je na fotografii.

Powiązania z fabryką ma nie tylko słynny statek, ale i Hollywood, a konkretnie George Clooney. Jedną ze szwaczek, które pracowały przy powstawaniu wielu dywanów, między innymi tymi dla Titanika, była Sarah Clooney. Jej wnuczka Fiona dowiedziała się któregoś dnia od swoich kuzynów, tworzących drzewo genealogiczne, że matka aktora Nina jest spowinowacona z jej ojcem, synem Sarah (która, jak się potem okazało, była za życia w kontakcie z piosenkarką Rosemary Clooney, ciotką George’a). Jak twierdzi Fiona, jej ojciec postanowił zadzwonić do urzędu pocztowego w Kentucky, szukając jakieś kontaktu a Niną , a ta – nie uwierzycie – była akurat w tym urzędzie i po prostu przekazano jej słuchawkę! Brzmi niewiarygodnie. Rodzice George’a odwiedzili Abbeyleix i Fionę już kilka razy, a sam George zawitał tam w 2019 roku.

Fabryka po jakimś czasie połaczyła się z podobną w Kildare i niestety w 1912 jako oddział nie przynoszący wystarczających dochodów by go tam trzymać, została zamknięta. Dziś jedynym po niej śladem jest pamiątkowa tablica w miejscu, gdzie się kiedyś znajdowała, a także dwa dywany oraz trochę sprzętu wyeksponowane w muzeum.

Skoro mowa o znanych rodzinach powiązanych z Abbeyleix, nie sposób nie wspomnieć o rodzinie Morrissey, którzy od 1775 do 2003 roku byli właścicielami lokalnego pubu, Morrissey’s Pub. Niestety nie udało mi się tam zajrzeć, bo pub był zamknięty, ale na zdjęciach w necie widać, że wystrój niewiele zmienił się przez te wszystkie lata (knajpa działa teraz pod innymi rządami, ale nowy właściciel niczego nie zmienił). Pub był i jest miejscem, gdzie lokalsi gromadzą się na plotki i gdzie kwitnie życie towarzyskie. Podczas klęski głodu ci, którzy emigrowali do Ameryki, mogli tam przyjść po darmowy posiłek przed wyruszeniem w drogę. Lord De Vesci osobiście wręczał im 5 funtów i kopertę zaadresowaną na pub, żeby po szczęliwym przyjeździe mogli tylko kupić za te 5 funtów znaczek i wysłać list do bliskich.

Muzeum nie jest specjalnie warte swojej ceny (€5.00 – z przewodnikiem €7.00). To są dwie salki, wypełnione informacjami i zdjęciami na dużych tablicach, z eksponatami nie mającymi specjalnie większej wartości ani unikatowości, no może oprócz dwóch dywanów z fabryki (przewodnik wspomniał, że ktoś zapytał go, czy to są właśnie te dywany z Titanika 😉 ).
Byłam tam sama jedna, przewodnik się pojawił po swoim lunchu jak już miałam wychodzić. Zaproponowałam że dopłacę te €2.00 ale nie chciał 🙂 Spędziłam z nim koło półtorej godziny na bardzo miłej pogawędce o Irlandii, historii Abbeyleix i całego hrabstwa, a także ogólnie o wszystkim i o niczym.

Jeśli ktoś z Was będzie w okolicy, to polecam zrobić Bog Walk, to bardzo ładna trasa spacerowa po moczarach, oraz zajrzeć do znajdujących się niedaleko ogrodów Heywood Gardens. Niestety Abbey, czyli opactwo, jest już tylko w nazwie. Kiedyś można było podziwiać jego resztki w formie malowniczej ruiny, ale mieszkańcy stwierdzili, że kamienie z Abbey można wykorzystać do budowy domu czy podjazdu i w taki sposób budowla zniknęła bez śladu.

Heywood Gardens

2 uwagi do wpisu “Wizyta w Abbeyleix

  1. Clooneyleix 🙂 Fajne takie historie, szkoda ze juz nie robia tych unikatowych dywanow. Miejscowosc w ktorej obecnie mieszkam ma kilka niezaleznych sklepikow, charity shops, duzo restauracji i pubow, cafes oraz niezliczona ilosc salonow paznokciowych. Jeden jedyny sklep z ciuchami czyli Peacocks wlasnie sie zamyka. W rezultacie na zakupy jezdze do Londynu bo dobrze zaopatrzonej drogerii, ksiegarni/salonu prasowego, ani porzadnej odziezy u nas nie ma, no ale czego mozna wymagac od podlondynskiej noclegowni.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.