O kupowaniu mieszkania w Irlandii, porwaniach i mnisich wioskach ;)

Nie wiem, czy pamiętacie post o problemach mojej koleżanki z zakupem mieszkania w Irlandii, jeśli nie, to można przeczytać TUTAJ.
To był rok 2019 i obiecałam, że jak sprawa się rozwiąże, to zamieszczę apdejt. No cóż, dopiero miesiąc temu moja znajoma odebrała klucze do swojego mieszkania. Dwa lata po złożeniu oferty i uwaga – nie do tego samego lokalu. Co się stało z poprzednim? Dług właścieciela kupił vulture fund i komunikacja całkowicie się zerwała. Nikt nie wiedział co i jak, agent nie miał żadnych informacji zarówno jak i prawnik. Sprawa była w zawieszeniu i w końcu koleżanka straciła nadzieję i zaczęła szukać czegoś innego. I w sumie dobrze, bo kolejne mieszkanie jest dużo ładniejsze, ma dwa poziomy, dwa balkony, jest słoneczne i w sumie wszystko na plus, więc nie ma tego złego. Oczywiście nie obyło się bez problemów, bo właścicielka, niby skora do jak najszybszej sprzedaży, zaczęła się potem zachowywać tak, jakby jej przestało zależeć. Na samym końcu wyszło na jaw, że współwłaścicielem jest mąż przebywający w UK, który też musi podpisać papiery. Małżonek się tak ociągał, że podejrzewałyśmy, iż mieszkanie jest jakąś kartą przetargową w sprawie np rozwodu… Ale wreszcie skończyło się zaklepaniem transakcji i koleżanka już tam sobie szczęśliwie mieszka.

Problemy z zakupem nieruchomości w Irlandii jak trwały, tak nadal trwają. Jeśli ktoś przewidywał, że podczas covidu ceny spadną, to nie mógł być w większym błędzie. Ponieważ były przerwy na budowach, to jest jeszcze mniej mieszkań i domów na rynku, niż było, a na rynku wtórnym też się nic nie ruszyło. Ceny zarówno wynajmu jak i zakupu idą do góry, a znaleźć coś do 150.000 euro, co nie jest na pustkowiu i nie jest ruiną, graniczy z niemożliwością. Do tego wiele nowych domów czy mieszkań wykupują wspomniane fundusze. Tak więc koleżanka miała szczęscie, a ja się dodatkowo cieszę, bo mieszkamy teraz tylko 20 min samochodem od siebie, a do tego jestem tam praktycznie co sobotę na zakupach. Wspólne wyjazdy już nie oznaczają, że się tłukę godzinę w przeciwną stronę by ją odebrać, a potem godzinę by ją odwieźć i godzinę, by wrócić do domu 🙂 Pewnie, że mi to nie przeszkadzało, ale zawsze lepiej jak się mieszka bliżej siebie.

Postanowiłyśmy razem odkrywać lokalne perełki o których mało kto wie, głównie dlatego, że nie są żadną wielką atrakcją turystyczną, ale są malownicze albo mają ciekawą historię. Ponieważ lubimy spacery, nastawiamy się też na odnajdywanie ciekawych szlaków do pieszych wędrówek. Często te dwie rzeczy, a więc spacery i szlaki oraz ciekawe historycznie miejsca idą w parze. Parę tygodni temu byłyśmy w pięknym Abbeleix, gdzie oprócz ciekawej architektury i całej masy historycznych faktów i ciekawostek (np powiązań z Titanikiem) znajduje się tzw BOG WALK, czyli dość spory bagienny teren, przez który można chodzić po drewnianych kładkach. O tym miejscu jeszcze napiszę, bo chcę tam pojechać jeszcze raz i zrobić więcej zdjęć. A wczoraj pojechałyśmy do miejsca które nazywa się Clashganny, a konkretnie do zapory nad rzeką Barrow – Clashganny Lock, gdzie można zaparkować samochód i pochodzić po różnych spacerowych szlakach, które się tam właśnie zaczynają.

Clashganny Lock

Miałyśmy w planie zrobić tzw Forest Loop, czyli kółko po lesie, ale chyba przegapiłyśmy coś, bo nagle wyłoniło się przed nami bardzo atrakcyjne miasteczko. Często miewam taki sen, że sobie gdzieś idę czy jadę, i nagle zupełnie niespodziewanie znajduję się w jakimś pięknym miejscu, którego istnienia wcześniej nie podejrzewałam. To co przytrafiło się wczoraj bardzo mi ten sen przypominało. Stanęłyśmy zachwycone i oczywiście postanowiłyśmy tam dojść. Ale im bliżej byłyśmy, tym bardziej to miejsce wydawało się nam znajome… w końcu uświadomiłyśmy sobie, że to Graiguenamanagh, gdzie już razem byłyśmy w 2018 roku (a ja sama jeszcze wcześniej, co opisałam na blogu TUTAJ). Uśmiałyśmy się z samych siebie, ale byłyśmy też zadowolone, bo to bardzo interesujące miejsce, choć prawie nieznane nikomu spoza najbliższej okolicy. Mimo że jest malutkie, to i tak odkryłyśmy miejsca, które wcześniej przeoczyłyśmy, a do tego zawarłyśmy znajomość z kilkoma kotami.

Jak wiele podobnych miasteczek (np. moje) Graiguenamanagh powstało wokół opactwa cystersów, założonego w 1204 roku. Nazwa Graiguenamanagh pochodzi od Gráig na Manach – po irlandzku wioska mnichów. Mnisi przybyli dopiero w 1207 z Anglii i uczynili opactwo jednym z najważniejeszych w Irlandii, a wynieśli się dopiero w 1536 roku, kiedy to rozpoczął się okres kolonizacji kraju przez Anglików i zasiedlania jej protestantami. Opactwo wciąż stoi, a jakże, odrestaurowane po okresie upadku. Niestety było już zamknięte kiedy tam dotarłyśmy.

Opactwo nie jest jednak najciekawszym obiektem w miasteczku. Znajduje się tam ścieżka, na którą można wejść przez jedną z łukowych bram, gdzie zobaczymy widok prawie jak z Brugii, a mianowicie fasady domów stojące nad kanałem i urokliwe mostki. Nie można przegapić jednego z najstarszych mostów w Irlandii, który powstał w tym samych czasie co opactwo, a więc w 1204 roku. Nie jest on może zbyt atrakcyjny i niestety nie kompletny, ale co to za uczucie wejść na niego i stać w tym samym miejscu, co tyle pokoleń przed nami! O randze miasta jakie miało ono w przeszłości, świadczy kilka faktów, na przykład to, że było ono jednym z przystanków dla słynnych powozów Bianconi. O Bianconich pisałam już kilka razy, to był taki Ryanair lat 1815 – 1850. Firma ustanowiła regularny i tani transport konny między Dublinem, Cork i Limerick, z przystankami na trasie gdzie zmieniano konie i gdzie pasażerowie mogli się posilić czy odpocząć.

Tak kiedyś podróżowano wozami Bianconi

W moim miasteczku też był przystanek Bianconi o czym chyba nikt nie pamięta, a lokalizacja należy do właściciela lokalnego pubu. Nie ma żadnych oznaczeń na to wskazujących, ale miałam okazję tam wejść. Pomieszczenie jest obecnie wykorzystane jako skład rupieci, ale widać wyraźnie że kiedyś była to spora stajnia gdzie wjeżdżano przez łukowe wrota. Zachowały się boksy i uchwyty na lejce. Tymczasem w Graiguenamanagh na budynku znajduje się informacja o tej ciekawostce, a nawet mural, którego nie było kiedy odwiedzałam miasto ostatni raz. Trzeba zresztą przyznać, że miasto szczyci się swoją przeszłością i zabytkami, bo wszędzie znajdują się informacyjne tabliczki.

Mostek położony w XII w przez mnichów, by mogli przejść suchą stopą od opactwa do młyna

Jak już pisałam w podlinkowanym wcześniej poście, w miasteczku były także Assembly Rooms, miejsce, które możecie kojarzyć z książek Jane Austeen, a więc sala gdzie odbywały się tańce i inne wydarzenia towarzyskie. Teraz to kompletna ruina, ale na tabliczce znajdziemy informację o tym, że właśnie tam lokalni młodzieńcy porwali dwie bawiące się na balu dziedziczki, w celu wymuszenia na ich rodzinach małżeństwa. Był to kiedyś dość popularny proceder by zdobyć zamożną żonę – znów powołam się na Jane Austen i Dumę i Uprzedzenie, w której niecny pan Wickham uciekł z Lydią. Zhańbiona w ten sposób dziewczyna nie miałaby szans na małżeństwo, więc rodzice chcąc nie chcąc musieli przyjąć Wikhama do grona rodzinnego. Oczywiście sytuacja z Lydią była inna – dziewczyna współpracowała z „porywaczem” a i Wickham aż tak na tym finansowo nie skorzystał. Natomiast uprowadzone z Graiguenamanagh panny Kennedy absolutnie nie chciały spędzić reszty życia z porywaczami, których co prawda znały, ale tylko jako towarzyszy do tańca.

Dziewczęta Catherine i Anne miały 15 i 14 lat, kiedy Garret Byrne i jego przyjaciel James Strange, postanowili zabezpieczyć sobie byt i zdobyć bogate panny, niekoniecznie legalnie. Z pomocą brata Jamesa, Patricka, oraz siostry Garreta o imieniu Ann, panny Kennedy zostały porwane z tańców i ukryte w domu w pobliskim Inistioge, gdzie przyprowadzono księdza, który mimo oporu dziewcząt przeprowadził ceremonię zaślubin. „Mężowie” pojechali na popijawę, a po powrocie zgwałcili swoje nowo poślubione żony. Ale ich plan się nie powiódł, bo rodzina panien nie zamierzała tego tak zostawić i przyjąć obu panów do swojego grona. Zamiast tego zawiadomiła o przestępstwie i porywacze musieli uciekać aż do Walii, gdzie zostali pojmani i postawieni przed sądem. Była to wówczas sensacyjna rozprawa, można to sobie łatwo wyobrazić. Siostra Garreta wystąpiła w woli świadka i zeznała, że obie dziewczyny uczestniczyły w spisku i wręcz namówiły mężczyzn do całej akcji, przedstawiając dowód w postaci listów napisanych rzekomo przez nie same. Listy jednakże okazały się sfałszowane a Jamesa, Patricka i Garreta powieszono. Obie panny Kennedy wyszły ponownie za mąż, choć z tego co znalazłam w interncie, niezbyt szczęśliwie.

Tego typu uprowadzenia były istną plagą w XVIII wiecznej Irlandii, o czym świadczy chócby to, że szukający w ten sposób żon dobrze urodzeni, ale biedni młodzieńcy, zrzeszali się w organizacje o nazwie: Abduction Club. Bogate dziedziczki nie ruszały się z domów bez eskorty, ale i to często nie pomagało. Oto jedna z typowych historii, jaką opubikwano w ówczesnej prasie: „The beautiful Miss Loughnan, daughter of Connell Loughnan, a wealthy Kilkenny banker, was traveling in a coach, attended by twelve servants with muskets, from Clonard Castle (her father’s country* house) to the city. Near Callan the party was set upon by over forty masked men, who dragged the young lady from the coach, set her upon a pillion behind one of their number and galloped away. The next news that reached Mr. Loughnan was a sad letter from his daughter, stating that she had been carried to Wales and there married against her will to Francis Shearman, younger brother of Mr. Shearman, of Sandford’s Court. Three of Miss Loughnan’s attendants were badly wounded in the attack on the coach.

Ale wracając do przyjemniejszych historii z Graiguenamanagh – można tam podziwiać odrestaurowane Widows Cottages, czyli domki ufundowane w 1860 roku przez bogatą rodzinę Clifden, ówczesnych landlordów, dla ubogich wdów. Obecnie domki są w rękach prywatnych i można je wynająć na Airbnb. Bardzo pozytywną opowiastką jest ta o uliczce Peg Washington, uznawaną za najwęższą na świecie. Około 1800 roku z powodu przebudowy terenu na rzeką, jedna z ubogich mieszkających tam kobiet uprosiła budowniczych o zostawienie jej przejścia do rzeczki, chócby tak wąskiego, żeby się mogła tylko przecisnąć. Przy tej właśnie uliczce spotkałyśmy stadko kotów. Widząc zbliżającą się kobietę z psem, na którego widok koty ani ogonem nie ruszyły, wyraziłam zdziwienie, że koty się nie boją jej towarzysza. Odpowiedziała mi, że poprzednim razem pies pobiegł do kotów i wrócił z pooranym nosem i od tej pory zostawia je w spokoju.

Peg Washington’s Lane
Wdowie domki

Natknęłyśmy się też na ruiny zamku Tinnahinch, zarośnięte przez drzewa i krzaki. Zamek był w posiadaniu rodziny Butler, zawziętych protestantów. Wszyscy byli okrutni i nieco szurnięci, zwłaszcza jeden nazywany przez lokalsów Mad Butler. Krąży o nim wiele legend, na przykład miał on przechodzić kiedyś obok kobiety i jej rozrabiającego synka. Zaproponował jej, że zabierze go z sobą do zamku i nauczy manier. Kobieta zgodziła się, a nazajutrz dostarczono jej ciało syna z wiadomością, że teraz już jej nie będzie denerwował. Mad Butler zbudował na ostatnim piętrze zamku coś w rodzaju zbiornika na deszczówkę. Pewnego dnia okoliczni mieszkańcy, Irlandczycy i katolicy, otrzymali zaproszenie na obiad do zamku. Według legendy było ich 700 osób. Pomyśleli, że może Butler chce nawiązać z nimi poprawne stosunki, więc przyjęli zaproszenie. Liczba 700 jest na pewno przesadzona, bo sądząc po ruinach zamku nie był on aż tak duży. Tak czy siak, podczas obiady Mad Butler spuścił na biesiadników wodę i ich wszystkich potopił. Od tej pory – podobno – poczas każdego większego wydarzenia w mieście, pada deszcz.

Oczywiście najbardziej rzucającym się w oczy obiektem w mieście jest most, dzielący miasto na dwa hrabstwa – Kilkenny i Carlow. Wzdłuż rzeki Barrow można podziwiać łodzie i barki, niektóre bardzo ładnie udekorowane. Miasteczko jest czyste i zadbane, widziałyśmy panów malujących ściany oraz przygotowane do posadzenia kwiatów donice. Szczerze mówiąc wydało mi się dużo ładniejsze niż kilka lat temu. Zaczynają się tam trasy spacerowe, które też mamy zamiar sprawdzić!

6 uwag do wpisu “O kupowaniu mieszkania w Irlandii, porwaniach i mnisich wioskach ;)

  1. Chetnie to miasteczko odwiedze jak juz do Was dotre, w tym roku albo przyszlym 🙂 Nie znalam tych historii o porwaniach, od lat powtarzam ze ultrareligjne kraje sa zarzewiem wszelkiej degrengolady. Klecha udzielajacy takiego wymuszonego slubu sam zaslugiwal na zgwalcenie i powieszenie.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Dammar

    Cos na temat kupowania domow obecnie wiem, bo sama chce kupic. Ceny poszly bardzo do gory, mase ludzi w ogole nie dostanie kredytu bo pracuja lub pracowali w sektorach odrzucanych przez banki np hotele czy turystyka. Do wzrostu cen, przyczynil sie tez wzrost ceny stali uzywanej w budownictwie. Czyralam ze np w Polsce, wygaszono w hutach wiele piecow w czasie pandemii, a to jest tez przyczyna wzrostu cen.
    Duzo osob chce zmienic mieszkanie i tez nie moze, bo nie maja na co. W dodatku babk KBC wyprowadza sie z Irlandii, wiec trudniej o kredyt.
    My juz rozwazamy zakup nawet kolo Carlow czy Gorey, bo zwyczajnie nie ma wyboru domow.
    W ostatnio sobote bylismy w Wicklow zdobywac czwarta co do wielkosci gore w Irlandii. Tam jest poligon wojskowy, ale akurat nie mieli cwiczen i mozna bylo chodzic. Do twojego Baltinglass bylo chyba ok 15 km, nie pamietam. Ale pomyslalam, ze wybralas piekne miejsce do mieszkania.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.