Wspomnienia

Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa to taki obrazek: grube bose stópki biegną po mokrej trawie. Podnoszę wzrok i stópki znikają, za to pokazuje się truchtający biało brązowy piesek z ogonkiem wywiniętym jak u świnki, obiekt mojego pościgu. Miałam wtedy nie więcej niż dwa i pół roku a nasz pies Kajtek wkrótce odszedł za tęczowy most. Kolejne wspomnienia związane są z ogrodem. Mieliśmy duży ogród, a w nim stare, rozłożyste drzewa które rodziły takie owoce że chyba już ich nigdzie nie uświadczysz. Jabłonie, grusze, śliwy, wiśnie i czereśnie, do tego przy płocie agrest -zapomniany owoc który uwielbiam, i rabarbar. Śliwki rodziły co dwa lata i nie byliśmy w stanie przejeść ani przetworzyć ich płodów, więc zbierało się je do wiader i wciskało sąsiadom oraz nieznajomym przechodzącym obok domu.

Kiedy byłam starsza, zaszywałam się w ogrodzie na hamaku i czytałam książki. Towarzyszył mi ukochany owczarek niemiecki. W dniach takich jak święto matki albo urodziny czy imieniny szłam dwa domy dalej do sąsiadki która również miała cudowny ogród ale z kwiatami. Otwierała furtkę i mówiła mi że mam iść i sobie narwać co chcę, więc szłam przez aleje przepięknych róż, goździków, gerber, chryzantem i innych kwiatów i myślałam że jak będę mieć kiedyś dom to tylko z ogrodem, i to z takim jak z ulubionej wtedy książki „Tajemniczy ogród” a więc za murem do którego prowadzi ukryta w żywopłocie furtka, niby dziki ale jednak uporządkowany, z pachnącymi różami, krokusami oraz owocowymi drzewami. Ogród był dla mnie odrealnionym miejscem magicznego spokoju.

Takich obrazków z dzieciństwa mogę przywołać więcej: zabawy z króliczkami które przynosiła mi babcia kiedy byłam chora, godzinne jazdy na rowerze po okolicznych lasach i łąkach, wypady na lody gałkowe najlepsze w okolicy, które wytwarzała rodzina piosenkarki Basi Trzetrzelewskiej, pierwsze próby malowania jesieni na zagruntowanym płotnie stojącym na sztalugach. Tylko że moje dzieciństwo i wczesna młodość to wcale nie był jakiś beztroski okres do którego wracam z nostalgią. Przyglądałam i przysłuchiwałam się złym rzeczom – pijaństwu, przemocy, wyzwiskom, kłamstwom. Członkowie mojej rodziny siedzieli w więzieniu za drobne przestępstwa, umierali z przepicia – ogólnie: nieciekawe towarzystwo. Nie, nikt mnie nie bił, nie byłam głodna ani zaniedbana. Mimo to atmosferę rodzinną trudno byłoby opisać jako normalną. Dorastając byłam wpędzana w kompleksy – nigdy zbyt dobra, nigdy zbyt ładna, ważne żebym zdobyła zawód sprzedawczyni albo sekretarki i już. Nie miałam poczucia bezpieczeństwa ani miłości. Mój brat natomiast był i jest traktowany na innych zasadach.

A jednak jeśli teraz ktoś spytałby o moje dziecięce lata to mam przed oczami jedynie te dobre rzeczy a głównie  ogród który opisałam na początku. Oczywiście mogłoby być inaczej. Mogłabym nie osiągnąwszy niczego w życiu zapijać ból i obwiniać o wszystko toksycznych rodziców, złych nauczycieli czy środowisko z którego się wywodzę. Albo wręcz przeciwnie, mogłabym osiągnąć wiele bo pchałaby mnie chęć udowodnienia rodzinie i znajomym i sobie że się do czegoś jednak nadaję, ale w glębi duszy byłabym wciąż tym dzieckiem które się stara coś komuś za wszelką cenę udowodnić i zasłużyć na pochwałę.

Ja wybrałam wyjście numer trzy, a więc odcięcie się od przeszłości grubą kreską. Nieważne gdzie się urodziłam, jak mnie wychowano, jak mnie traktowano i co mi wciskano do głowy. To co było złe wybaczyłam, wrzuciłam do wyimaginowanego wora i zakopałam. Może gdyby we mnie wierzono i mnie wspierano to byłabym dziś słynnym naukowcem albo pilotem. A może nie. Nie lubię gdybać ani tracić czasu na myślenie o tym czego już się nie da odwrócić albo zmienić. Nie winię nikogo za nic, wzięłam odpowiedzialność za siebie we własne ręce. Ukształtowałam się na nowo, przeszłam gruntowną przemianę między 21 a 26 rokiem życia. Doszłam do wniosku że jestem zwycięzcą bo to co się działo wzmocniło mnie, i co najważniejsze pokochałam siebie. 

Nigdy nie byłam zwolenniczką teorii o toksycznych rodzicach bo łatwo jest obwiniać wszystkich i wszystko za swoje niepowodzenia i rozprawiać o tym zamiast coś zmienić w swoim życiu. Ale rozmawiam z ludźmi i widzę jak wciąż nie mogą się z pewnymi sprawami rodzinnymi pogodzić, jak chowaja urazy, jak się czują niesprawiedliwie potraktowani, jak to wewnętrzne dziecko tam gdzieś w środku ciągle cierpi, mimo że oni sami już mają koło czterdziestki czy więcej. I to są ludzie którzy dużo osiąnęli, są inteligentni, zaradni, wielu im zazdrości. Nie powinno tak być.
Mnie pomogły książki o pozytywnym myśleniu, innym pomoże medytacja lub psychoterapia. Na pewno warto coś z tym zrobić.

Ogrodu z moich wspomnień już nie ma. Mama już dawno temu postanowiła wyciąć drzewa bo za dużo było przy nich roboty, więc teraz całość pokrywa trawa. Ogrodu nie ma i tej małej dziewczynki z tłustymi stópkami też już nie ma. Jestem ja, dorosła prawie pięćdziesięcioletnia osoba, szczęśliwa i mająca wspaniałe życie. I tego Wam wszystkim życzę.

PS Zdjęcia pochodzą z sobotniego wypadu do Mount Usher Gardens gdzie zapanowała kolorowa jesień. To tam, na ławeczce w cieniu brzozy, przyszedł mi pomysł na napisanie tego posta.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.