Jem aby żyć, nie żyję by jeść

Żyjemy w czasach tolerancji, czasem za daleko posuniętej. Ma to swoje dobre i złe strony, jak wszystko zresztą. Tolerancja jednak to coś innego niż propagowanie złych wzorców, a najlepszym przykładem na to jest wszechobecny nacisk na to by otyłość uważać za coś normalnego. Społeczeństwo tyje na potęgę. Jeśli usiądzie się gdzieś na ławce w środku miasta i zacznie się przyglądać ludziom, około połowa (niezależnie od wieku) waży zdecydowanie za dużo. I wiem że to co napiszę to stwierdzenie bardzo niepopularne ale nie podoba mi sie promowanie  na okładkach dziewczyn o wadze 130 kg i mówienie – każdy jest piękny. Nie wiem co się porobiło ale gdzieś poznikały kobiety w rozmiarach 38,40 i 42. Mamy chude zagłodzone panie które mają być w opozycji do tych zdrowych i szczęśliwych w rozmiarze XXL. I wcale nie twierdzę że ktoś w rozmiarze XXL nie może być szczęśliwy, chodzi mi o sam przekaz że otyłość jest ok, bo nie jest.

Takie panie uważano kiedyś za zbyt grube co zawsze budziło u mnie sprzeciw bo to są bardzo fajnie zbudowane, o normalnym rozmiarze kobiety.

Ale minęło kilka/kilkanaście lat i sytuacja wygląda tak:

„Trend na modelki plus-size jest formą sprzeciwu wobec wieloletniego promowania wyłącznie bardzo szczupłej sylwetki jako wzorca. Nierzadko będącej efektem ciężkiej pracy grafików. Prowokuje to kształtowanie niezdrowych modeli, co jest szczególni niebezpieczne dla młodych osób. Próba wprowadzenia zmian w tym obszarze to pozytywny znak. Natomiast nie można popadać w skrajności. W kwestiach zdrowotnych nie należy kierować się trendami. Zawsze powinniśmy promować zdrowy styl życia i zdrową sylwetkę” cytat z”Na temat”.

Irlandia jest w czołówce najbardziej otyłych społeczeństw w Europie. Z jednej strony usiłuje się z tym walczyć poprzez przeróżne akcje, ale z drugiej strony jest silny nacisk na „positive body image” i nawet manekiny na wystawach są przy kości żeby nikt się nie nabawił kompleksów, a w gazetach roi się od „puszystych” modelek. Lalka Barbie jest BE bo za chuda, pojawiają się głosy żeby nakręcić nowe Kopciuszki i Królewny Śnieżki gdzie główne bohaterki będą w rozmiarze L, żeby się dziewczynki nie stresowały. A tymczasem to co jest ogólnie akceptowalne, wręcz narzucane, i to co jest w większości – staje się normą. Kiedyś papierosy reklamowano w telewizji i palił każdy i wszędzie, teraz jak oglądam stare filmy gdzie dym aż się kłebi w pomieszczeniach, to od razu mnie zatyka. Ale wtedy to było normalne i nikt się temu nie dziwił. Teraz to co  kiedyś uchodziło za niezdrową nadwagę jest czymś na co nie zwraca się uwagi bo 50% ją ma, i też powoli staje się ona normą. 

Do tego nie wolno krytykować nadwagi. Niedawno na Netflix skończył sie pierwszy sezon świetnego serialu Insatiable, który naprawdę nie jest wcale o nadwadze. Ale w pierwszym odcinku gruba dziewczyna bardzo chudnie i od razu zaczęły się skargi i żądania zdjęcia serialu z Netfixa za „fat shaming”.

Przerażają mnie porcje jedzenia w pubach i restauracjach. Rzadko jadam „na mieście” ale jak już, nie jestem w stanie zamówić przystawki i głównego dania bo przystawka jest wielkości głównego dania a jak zamówię tylko główne to przychodzi mi talerz jak koło młyńskie zawalone żarcem po brzegi. Od razu zauważam że to wielka porcja ale potem rozglądam się wkoło i widzę jak ludzie zamawiają dwa dania i do tego osobną michę frytek i młócą, młócą, wcinają bez problemu. Jak normalny żoładek jest w stanie to przyjąć to ja nie wiem. W supermarketach widzę rodziny z wyładowanym po brzegi wózkiem wypełnionym chlebami, ciastami, mrożonkami, mięchem, fantami, coca colami i pizzami i myślę że wysoki poziom życia i tanie jedzenie nie sprzyjają sylwetce. To nie te czasy kiedy trzeba było harować cały dzień za michę owsianki…

Wielu z nas ma tendencje do przesadzania z ilością jedzenia, jakiej potrzebujemy. A trzeba pamiętać, że brak kontroli nad porcjami, jest przyczyną dla której połowa Irlandczyków waży za dużo. Tymczasem z badań wynika, że otyłość nie jest związana ze spożywaniem jakiegoś szczególnego typu żywności lecz przejadaniem się różnymi produktami – twierdzą organizatorzy akcji. – Każde pożywienie posiada wartość kaloryczną, więc nawet produkty niskotłuszczowe mogą dodać nam kilogramów, jeśli jemy ich za dużo! Dane naukowe wskazują, że ludzie nieświadomie spożywają więcej kalorii niż powinni, gdy otrzymują większe porcje i zwykle nie zauważają, że zjedli za dużo.
Problem tkwi w tym, że ludzie często nie wiedzą, jak wygląda prawidłowa porcja posiłku. Wiąże się to z masowym wzrostem liczby restauracji w Irlandii w ciągu ostatnich 20 lat – klienci są przyzwyczajani do coraz większych dań. I stereotypy te przenoszą na gotowanie w domu. Louise Sullivan, kierownik w Fundacji Zdrowia i Żywienia, przypomina, że dla przykładu, zalecana porcja makaronu to około 220 g – kulka wielkości mniej więcej piłki tenisowej, mięsa – kawałek o wymiarach talii kart, sera – paczki zapałek.” cytat z Wyspa.ie

Tak więc społeczeństwo tyje, tolerancja wzrasta, sklepy wprowadzają rozmiarowki powyżej 48, na wybiegi wprowadza się modelki XXl i jest git. A tymczasem otyłość to choroba i godzenie się na nią to tak jakbyśmy mówili że depresja albo alkoholizm też jest w porządku. Dlaczego na opakowaniach papierosów są fotografie przeżartch rakiem płuc, dlaczego wszędzie atakuje się banerami że alkohol szkodzi zdrowiu, a dlaczego na ubraniach w rozmiarze powyżej 48 nie ma napisów że otyłość powoduje liczne choroby? 

Nie tylko właściciele restauracji przyczyniają się do błędnego pojęcia o tym, ile powinno się jeść, a pośrednio są winne tycia społeczeństwa. To, co z jednej strony działa na klienta przyciągająco, z drugiej mu szkodzi. Tak jest z rozmiarami odzieży w sklepach. Coraz powszechniejszą tendencją jest zawyżanie norm rozmiarowych i wprowadzanie takich oznaczeń jak XX już dla „S”. Ponadto w wielu sklepach z ciuchami z niższej półki bez problemu można nabyć odzież w rozmiarze 24. To oczywiście z jednej strony zaleta, że handlowcy wychodzą naprzeciw grubasom, jednak z drugiej utwierdzają ich w przekonaniu, że ich gabaryty są prawidłowe.”  cytat z Wyspa.ie

Kilka osób już parę razy prosiło w komentarzach i tu i na FB o wpis o tym co jem i jak jem, zwłaszcza po zdjęciu jakie zrobiłam sobie w przymierzalni w sklepie i zamieściłam na fejsbuku kiedy wróciłam z rozmiaru 10 do 8. Nie chciałam o tym pisać bo nie uważam się za autorytet w kwestii zdrowego jedzenia, mam swoje opinie na temat otyłości i tego dlaczego się grubnie i co robić by tego nie dopuścić, i tylko w takim rozumieniu mogę się tym podzielić. Na swoim przykładzie oczywiście.

Pierwsza rzecz: Jako minimalistka uważam że minimalizm nie dotyczy tylko ilości ciuchów czy przedmiotów jakie się posiada, ale też ograniczeń we wszystkich sferach życia. Lepiej mieć dwoje przyjacioł którym poświęca się czas niż grupę znajomych z którymi się go traci. Lepiej mieć jeden wyraźny cel w życiu i do niego dążyć niż się brać za 100 rzeczy i żadnej nie doprowadzić do końca. I lepiej jest jeść niewiele i świadomie, z poszanowaniem własnego ciała i jego potrzeb, niż faszerować się jak gęś.

Jestem z pokolenia które liczyło kalorie i to był najlepszy sposób na kontrolę wagi. Jak dla mnie sprawa jest prosta – jeśli przyjmuję tyle kalorii ile wydaję to waga jest w normie. Jeśli przyjmuję więcej to tyję. Jeśli mniej to chudnę. Do tego kaloria kalorii nie równa – wiadomo że lepiej jest zjeść warzywa i owoce o wartości kalorycznej 400 niż jednego pączka o tej samej wartości. Wiele osób nie uświadamia sobie zawartości kalorycznej w potrawach. Moja znajoma z pracy (która się odchudza od lat i dopiero teraz pod moim wpływem widzi rezultaty) szła codziennie na przerwie do sklepu i wracała w dwoma paczkami chipsów które wcinała w 5 minut, do czasu aż pokazałam jej na paczce że jedna ma 375 kalorii. Sama tylko rezygnacja z tych dwóch paczek dziennie spowodowała że waga w przeciągu miesiąca spadła o 6 kg. 

Oprócz zawartości kalorii sprawdzam ilość cukru którego trzeba spożywać jak najmniej (czy wiecie że smakowa woda mineralna ma 3 łyżeczki cukru w szklance, puszka coli 7 łyżeczek, pół litra wody na bazie kokosa też 7? najlepiej pić naturalną wodę niegazowaną) oraz tłuszczu.

Unikam węglowodanów (jem mniej więcej 4 kromki chleba na tydzień, czasem pięć). Jestem wegetarianką i staram się też ograniczać inne produkty pochodzenia zwierzęcego jak nabiał. Moje posiłki są niewielkie objętościowo, oczywiście nie uznaję żadnych ciast i czekolad. Jem około 1200 kalorii dziennie. Po 24 latach stosowania takeij diety mój metabolizm się zwolnił i zdaję sobie sprawę z tego że to nie jest idealny wymóg kaloryczny dla każdego, ale ja jak wiecie nie zapieprzam z pługiem w polu, nie uprawiam wspinaczek ani sportu (oprócz godzinnego kręcenia dziennie na cross trainerze) i nie podnoszę ciężarów. Każdy powinien dopasować sposób odżywiania się do aktywności ruchowej. 

Image result for food with many calories

Ktoś mi raz powiedział – ja bym tak nie mogła. Jak można żyć bez latte, bez ciacha, bez sosiku do mięska i chińszczyzny raz na tydzień. Można, bo mnie czysta zimna woda sprawia tyle przyjemności co latte, miska truskawek tyle co ciacho, i kalafior tyle co komuś innemu chińszczyzna. Zresztą jedzenie nie jest da mnie tym co powinno być źródłem szczęścia i przyjemności, to jest paliwo które ma mnie utrzymywać przy życiu i sprawności, jak dobrze naoliwioną maszynę. Zapychanie sobie arterii i odkładanie tłuszczu nie mieści się w tej mojej filozofii.

To zresztą chyba leży u podstaw problemów z odżywianiem się i wagą – zrobiliśmy z jedzenia jakiś kult. Kiedyś się szło z maczugą na dzika i się to mięso jadło żeby nie umrzeć. Jedzenie nie było aż tak przetworzone, było proste i służyło po prostu zaspokojeniu głodu. Potem zaczęły sie wymyślne dania, obróbka, smażenie, udoskonalanie smaku. Jedzeniowe show typu Masterchef czy Great British Bake Off celebrują posiłki przygotowywane w coraz bardziej wyszukany sposób.

Je się  więcej i częściej, a niestety żołądek się rozciąga, skóra też, i ten cały nadmiar rozłazi się po całym ciele i rozpycha go. W szkole powinno się uczyć świadomego odżywiania się, rodzice powinni być edukowani w tym temacie. Reklamy jedzenia, zwłaszcza fast foodu, nie tylko powinny pokazywać ilość kalorii w danym produkcie ale także informację ile kalorii powinien dzinnie jeść przeciętny dorosły i dziecko. Od jakiegoś czasu w Irlandii w każdym restauracyjnym czy barowym menu musi znaleźć się opis zawartości kalorii, ale zauważyłam że te liczby to czysta abstrakcja bo cóż znaczy że plasterek pizzy ma np 400 skoro jedzący nie wie że przy swoim wzroście, wieku i typie pracy oraz aktywności fizycznej powinien jeść nie więcej niż 1800 na dzień…A tak „at the end of the day” po co się tym przejmować, w razie co pójdzie się na modela XXL albo na okładkę a każdy jest piękny i szczęśliwy, więc może jeszcze deserek…

Tak wyglądam w wieku 47 lat, bez wykańczania się dietami cud, bez pomocy podejrzanych specyfików, umiarkowanie ćwicząc. Da sie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.