Szkocja – North Coast 500

Cokolwiek napiszę o tygodniu spędzonym w Highlands i tak nie będę w stanie oddać tego co czuje się podróżując trasą North 500. Nie przekażę jak porywająco piękne i dzikie są krajobrazy, jak można się w nich zatracić i po prostu patrzeć i podziwiać bez przerwy, jak cicho jest wkoło, ale nie tą ciszą złowróżbną ale tą uspokajającą, jak góry odbijają się w lustrze jezior i jak połacie fioletowych wrzosów kontrastują z zielenią i żółcią pól. I jak chce się jeździć pustymi drogami bez końca, i jak jedzie się bez końca bo czas jakby się zatrzymał, i jak w głowie kołacze się myśl: a może by tak rzucić wszystko i zamieszkać w Szkocji 😉

 Góry przeglądają się w zwierciadle wody

Nietrudno o zen kiedy wkoło cicho i pusto 😉

Zacznę więc przyziemnie: trasa North 500 to mniej więcej 512 mil drogi biegnącej od Inverness wzdłuż wybrzeży Północnej Szkocji, kończącej się na Ullapool. My (ja i koleżanka nie tylko blogowa Dita) zrobiłyśmy ponad 1000 mil bo mając bazę w trzech różnych miejscowościach zwiedzałyśmy najbliższe okolice a więc cofałyśmy się i robiłyśmy mini kółka, a do tego od Ullapool odbiłyśmy w dól aż prawie pod most prowadzący na Isle of Skye (gdzie, odurzone urokiem Szkocji, mamy zamiar wybrać się za rok).

 Częsta sytuacja na drogach 🙂

 Na North Coast 500 częściej spotyka się zwierzęta niż ludzi. Te kozy mają po 2 pary rogów – jedne proste a drugie zakręcone

Szkockie bydło jest najpiękniejsze na świecie…a pozuje jak w Top Model 😉

Trasę szeroko promuje się w mediach i porównuje do Route 66 bądź naszej irlandzkiej Wild Atlantic Way. Dlatego jak macie okazję tam jechać to jedźcie teraz, zanim zrobi się tłok. Szkocja słynie z kapryśnej pogody ale my miałyśmy szczęscie i z wyjątkiem jednego deszczowego popołudnia było słonecznie i ciepło (nawet czasem bardzo). Co warto wiedzieć ruszając trasą North 500? Warto sporządzić sobie wykaz większych sklepów bo w małych miejscowościach może być trudno z zaopatrzeniem się w jedzenie i alkohol. Dita wzięła to na siebie i znała lokalizację każdego Lidla i Tesco w okolicy (a było ich tylko kilka). Większość dróg ma tylko jeden pas i dwa samochody się nie miną, za to jest mnóstwo tzw passing place czyli wysepek gdzie można stanąć i ustąpić miejsca. Mijający się kierowcy obowiązkowo muszą w podzięce podnieść dłoń – ci bardziej entuzjastyczni prawie machają a ci olewający podnoszą kilka palców.

Wrzosy zafioleciły …

Te nieliczne drogi które mają dwa pasy a czasem i pobocze, są z reguły kiepskiej jakości i mają w cholerę dziur. Chyba nawet wiemy dlaczego, mianowicie zaobserwowałyśmy jak się pracuje przy łataniu asfaltu. W pobliżu Ullapool kilka razy mijałyśmy robotników w ilości 6-7 sztuk, z których tylko jeden coś robił a mianowicie zmieniał światla bo pas był wyłaczony. Drugi opierał się na łopacie, trzeci sprawdzał telefon, dwóch rozmawiało a paru przechadzało się z jakimiś papierzyskami. W innym miejscu jakaś koparka robiła dziurę przy której stało kilku panów i z powagą się w nią wpatrywało…no może wykopali jakieś zwłoki to przepraszam. Młodzież szkocka obsługująca w restauracjach i barach jest wolna, bez energii i albo zbiera się w kątach by chichotać jak hieny, albo z lekko otwartymi ustami patrzy w nicość. Trzeba się dobrze nagimnastykować żeby zamówić coś a potem doczekać rachunku. Ale pomijając tę młodzież Szkoci są bardzo mili i chętni do pogawędki, zagadują i okazuje się że każdy albo zna jakiegoś Polaka, albo ma żonę Polkę/męża Polaka, albo syn ma dziewczynę Polkę. W jednym ze sklepów w Inverness obsługa polska uczyła szkocką odmiany czasownika wiedzieć 😉 

Jak przebiegała w skrocie nasza trasa? Dzień pierwszy: po wylądowaniu w Inverness wzięłyśmy samochód i ruszyłyśmy w kierunku naszej pierwszej lokalizacji, miasteczka Keiss. Po drodze zatrzymałyśmy się w Rosemarkie gdzie znajduje się przyjemna trasa do niewielkiego wodospadu i plaża gdzie musiałyśmy pospacerować, bo w końcu pierwsza napotkana. Nawigacja poprowadziła nas do bardzo interesującego promu (Cromarty-Nigg Ferry) który miał nas przewieźć na drugą stronę niewiekiej zatoki, i to była pierwsza atrakcja bo ku mojemu przeraźeniu prom mieścił tylko dwa samochody (jeden za drugim) i wjeżdżało się doń po bardzo wąskiej rampie. Wjechać na nią było w miarę ok ale po drugiej stronie trzeba było z niej zjechać tyłem na stromy podjazd, uważając by nie spuścić się do wody. Zniechęciło mnie to do promów na czas długi 😉

Wszystkie plaże są puste i czyste

Do B&B w Keiss dotarłyśmy o zmroku. Nazajutrz musiałyśmy się cofnąc by zwiedzić zamek Dunrobin który sylwetka przypomina francuskie chateau, a obrazu dopełniają uporządkowane ogrody a a la Wersal. Historia posiadłości zajęłaby pewnie osobny post, wspomnę tylko że jak dla mnie dużą wadą jest brak wycieczki po nim z przewodnikiem, czytanie opisów tego nie zastąpi. Na pewno jednak trzeba będąc tam pójść na pokaz ptaków drapieżnych które trenuje przemiły pan, opowiadając o nich z pasją i miłością. Byłam w życiu na kilku takich pokazach i ten był najbardziej interesujący.

Francusko prezentujący się Dunrobin

W pobliżu Keiss warto podjechać na Dunnet Head i Duncansby Head, ale w zasadzie w Highlands podjechać wszędzie warto i w ogóle nie ma jednego fragmentu trasy żeby nie było bosko…

Po dwóch nocach spędzonych w Keiss ruszyłyśmy do miasteczka Tongue, gdzie spałyśmy w malutkim B&B z widokiem na Varich Castle gdzie polecam się wdrapać bo widoki stamtąd cudne. Trasę stamtąd w kierunku Cape Wrath przejechałyśmy 3 razy w sumie i za każdym razem zapierała dech w piersiach. Zajrzałyśmy do Smoo Cave – niewielkiej jaskini – obczaiłyśmy wszystkie jeziora w okolicy, podjechałyśmy do Craft Village w Balnakeil gdzie w sklepiku w którym urzędował przyjacielski pies kupiłam zawieszkę z kotkiem 🙂

Widok na Varich Castle z naszej sypialni w Tongue

Przejeżdżając obok zamku Castle of Mey spontanicznie wstąpłyśmy na zwiedzanie z przewodnikem. Zamek należal do Królowej Matki która, mówiąc delikatnie, miała dość dziwaczny gust a do tego nie wyrzucała nic co działało, wiec wystrój jest dość eklektyczny i zużyty…ale nie dla wystroju  się zwiedza to miejsce ale dla ciekawej i pełnej humoru opowieści o zwyczajach Królowej, okraszonej anegdotkami tak bogato jak dobry smalec skwarkami 😉

To oczyczywiście nie zamek…zamek nie prezentował sie interesująco z zewnątrz.

Trzy ostatnie noce (przed noclegiem w Inverness) spędziłyśmy na obrzeżach jednego z najbardziej znanych małych miasteczek Ullapool, w ogromnym B&B z przemiła gospodynią. Śniadanie królewskie. Tam najeździłyśmy się najbardziej bo okolica chyba najciekawsza. Zjechałyśmy prawie pod wyspę Skye by zobaczyć słynne ruiny zamku Eilean Donan Castle które grały w wielu filamach.

Tam też dopadl nas ten jeden raz deszcz, akurat kiedy chciałam zrobić 25-cio kilometrową trasę Bealach na Bà uważaną za bardzo niebiezpieczną, bo wijącą się wąziutkimi serpentynami ostro w górę, z przepaścią po jednej stronie… Odważnie pojechały nią ale jak na dole padało ale widoczność była niezła, tak na górze osiadła gęsta mgła i widac nie było nic…Tylko ta jedna recz nam nie za bardzo wyszła.

Smoo Cave 

Tym bez lęku przestrzeni polecam Knockan Craig, niezbyt wysoką górę po której osobniki normalne mogą sobie chodzić i podziwiać widoki, a te z vertigo jak ja będą się po przejściu trząść jak osika. Za to po wiszącym moście niedaleko Ullapol, zawieszonego nad kanionem, mogę spacerować codziennie bez problemu bo jest się czego chwycić.

Jedyne miejsce jakiego nie polecam w Highlands to Inverness gdzie spędziłyśmy ostatnią noc. Nic tam nie ma…nudy. Chyba że ktoś chce go potraktować jako bazę i stamtąd albo pojeździć wkoło albo wykupić coś z bogatej oferty wycieczek.  Na lotnisko w Inverness zawiozła nas bardzo miła pani taksówkarz z którą zgadałyśmy się na temat serialu Outlander, gdzie glówny bohater, seksowny młody Szkot, nazywa się się James (Jamie) Fraser. Pani powiedziała nam że ma dwóch przystojnych synów w wieku 27 i 28 lat i jeden z nich nazywa się Jamie Fraser…musiałyśmy poprosić ją o pokazanie nam zdjęć. I rzeczywiście – bardzo przystojni młodzieńcy, zwłaszcza Jamie 🙂 

Na koniec moje osobiste naj jeśli chodzi o miejsca do jedzenia i spania:

B&B Fair Morn koło Ullapool, ze wspaniałą gospodynią Alison. Jak już wspomniałam pokój ogromny, łazienka tak duża jak normalnie jest pokój 😉 Śniadanie rewelacja. Widoki boskie. Aż żal było wyjeżdżać.

Lody w malutkim sklepiku Crumbs w Garloich – NIEBO W GĘBIE!

Obiad w hotelu Craggan Hotel w Skinnet koło Tongue.

Koktajle w barze Scotch & Rye w Inverness.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.