Nie będę opowiadać o historii Gruzji, bo sama jeszcze nie ogarnęłam tematu 🙂 ale opowiem Wam, co zobaczyłam i co polecam. Do rezerwacji wycieczek jak zwykle korzystałam z apki Get Your Guide. Gruzja jest tania, aż nie do uwierzenia że 12 godzinny zorganizowany wypad w niewielkiej grupie w góry kosztował mnie niecałe 10 euro, plus 20 lari za opcjonalne podjechanie jeepem do kościoła na szczycie 🙂 Tu macie link i szczegóły całej trasy razem z przystankami.

W sumie było nas około 18 osób, wliczając sześcioosobową rosyjską rodzinę, która przez pomyłkę zarezerwowała angielsko języczny tour, a po angielsku ani be, ani me, ani kukuryku. Przewodnik zapytał więc, czy nie mamy nic przeciwko temu, że będzie mówił w obu językach – nie mieliśmy. Znów okazało się, że rozumiem conajmniej 80% rosyjskiego.

Guide był dość miłym dla oka, ale niskim czterdziestolatkiem, żonaty z trójką dzieci. A wiem, bo po rosyjsku opowiedział historyjkę z życia, której na angielski nie przetłumaczył. Otóż marzył o synu, bo wiadomo, że niektórzy panowie kochający patriarchat bez syna jak bez ręki. Żona urodziła dwie córki, a ponieważ porody były trudne, lekarz doradził trzecią ciążę usunąć. Ale guide namówił pielęgniarkę, żeby nakłoniła żonę do posłuchania bicia serca płodu i kobieta już nie była w stanie tej ciąży usunąć. I dzięki Bogu – tak mówił – bo wreszcie mam syna! Czym by było jego życie, gdyby nie ta pielęgniarka! Cała ta gadka wynikła z pytania o dzietność w Gruzji.
Lubię przypadkowe spotkania z ciekawymi ludźmi. Na lunchu usiadłam z parą i dziewczyną również podróżującą solo. Zamówiłam butelkę wina na swój koszt dla nas wszystkich, co bardzo ociepliło atmosferę i rozwiązało języki. Para – Szwajcar i Serbka, jeździli budżetowo po Turcji i od Trabzonu do Gruzji, po czym mieli zamiar pojechać do Kazachstanu. Dziewczyna była Finką studiującą fashion design w Mediolanie. Przyjechała do Gruzji na miesiąc bez żadnego planu. Niech ją prowadzi przeznaczenie. Sympatyczne towarzystwo.
Pan guide ze mną flirtował. Najpierw na początku spytał mnie, skąd jestem, a potem powiedział, welcome to Georgia. Myślałam, że każdego spyta o to samo, ale resztę zignorował. Na lunchu w restauracji podarował mi butelkę wina. Na innym postoju dał mi swoją kurtkę, a na kolejnym podszedł do mnie, jak czekałam na resztę grupy, przyniósł mi kieliszek ichniejszej wódki typu bimber i zaczęliśmy rozmawiać. Mówi do mnie: jak przyjedziemy z powrotem do Tbilisi, nie uciekaj, chodźmy na drinka. Ja na to: a co na to żona i trójka dzieci? Trochę stracił rezon. Och, to znasz rosyjski? Communist baby – odpowiedziałam. Oczywiście do drinka nie doszło:D
Idźcie do sklepów gruzińskich projektantów. Super jakość tkanin i piękny design. Ceny bardzo przyzwoite i gwarancja, że nie masz na sobie masowej produkcji z sieciówki. Jak kiedyś jeździłam na zakupy do Łodzi, tak teraz dołączam do shopping destination również Gruzję. Nigdy specjanie nie interesowałam się ciuchami, ale od kiedy mam tę pracę i związane z nią eventy oraz spotkania, muszę jakoś wyglądać 🙂
Samo Tbilisi jest bardzo eklektyczne i znajdziemy typową dla Gruzji architekturę z pięknymi balkonami, art deco, monumentalne budynki porosyjskie oraz klocki post komunistyczne. Dużo drzew i zieleni. Polecam zatrzymać się w Old Tbilisi, bo stamtąd jest blisko wszędzie. Freedom Square, Plac Wolności, to główny punkt spotykania się wycieczek. Old Tbilisi to plątanina malowniczych uliczek, pośród których znajdziecie stare prawosławne kościoły ale i mnóstwo barów, restauracji i sklepów.
Tour guide na pewno zaprowadzi Was do Clock Tower, przedziwnej surrealistycznej budowli, gdzie oprócz dużego zegara jest też taki miniaturowy. Ponoć wieża powstała po to, by turyści mieli co forografować, tak jak Bridge of Peace, piękny most, rewelacyjnie oświetlony w nocy. Funikolarem podjechałam na wzgórze, gdzie jest wieża telewizyjna, a mój prywatny przewodnik, wspomniany w poprzednim poście jako przystojny młody człowiek 😉 zawiózł mnie na inny punkt widokowy, pod pomnik Mother of Georgia.

Mother of Georgia trzyma w jednej ręce butelkę wina, a w drugiej miecz. To ma symbolizować, że kraj jest przyjazny, ale jeśli mu zagrozisz, będzie się bronić. A jak już o mieczu mowa, to Gruzini wynaleźli interesujący sposób noszenia tego oręża, mianowicie pośrodku, między nogami. Bo jeśli się go miało po lewej stronie, to oznaczało, że jest się praworęcznym, czyli wróg odcinał lub ranił prawą ręke, by osłabić przeciwnika. Nie wiem, czy to miało większy sens, bo odsetek leworęcznych osób jest niewielki, ja bym ciachała w ciemno. Do tego chyba niewygodnie biegać z mieczem dyndającym między nogami. Ciekawostka – według przewodnika Gruzja miała kobietę króla, jak i Polska Jadwigę. Tamar the Great panowała w XII wieku i za jest rządów kraj przeżywał złotą erę.
Podjechaliśmy pod Chronicles of Georgia, ogromny monument pokazujący historię kraju głównie pod kątem religijnym. Wygląda jak coś, co mogłoby stać w krainie krasnoludów we Władcy Pierścieni. Roztaczają się stamtąd piękne widoki na całe Tbilisi (również na tzw shitty part, jak mi powiedziano). No coż, każde miasto taką ma. Przeszłam się też do dzielnicy Fabrika, gdzie jest mnóstwo tanich barów i restauracji, sklepików oraz przede wszystkim street art.

Mtskheta to starożytna stolica i duchowe serce Gruzji – Holy City, Święte Miasto. Znajduje się tam XI wieczna katedra Svetitskhoveli, miejsce pochówku władców i chrystusowej szaty. Bardzo dużo par zawiera tam małżeństwo, często w tradycyjnych gruzińskich strojach. Kiedy tam byłam, cztery pary czekały na swą kolej. Zabrzmię biczowato, ale wspominałam nie raz, że w Irlandii ludzie nie potrafią się dobrze ubrać, co na przykład wspaniale widać na weselach. A tam goście weselni wyglądali z magazynów mody. Niedaleko jest VI wieczny Jvari Monastery, stojący na klifie, z którego rozciągają się piękne widoki.

Przystojny młody człowiek (w skrócie PMC :D) zabrał mnie też do najbardziej instagramowej kawiarni w Tbilisi: Gardenia Shevardnadze. To magiczny ogród z mnóstwem zakamarków, randomowych przedmiotów, ceramiki, dywanów itp, otoczonych przepięknymi klombami, drzewami i najprzeróżniejszymi kwiatami i roślinami.

Jeśli lubicie jeść, kuchnia jest naprawdę dobra. Myślę, że Polacy ją dobrze znają, bo w Polsce jest pełno gruzińskich knajp. Jako niejadek, nie będę się wypowiadać 🙂 Jest cały ogrom dań wegetariańskich jakby co. Wiadomo, wino to napój narodowy. Za winem, szczególnie czerwonym, nie przepadam, ale o dziwo bez problemu dostawałam malibu z mlekiem w każdym barze, bez mrugnięcia okiem.
Na koniec – mówiono mi: bierz cash, bo nie wszędzie można płacić kartą. Owszem, dobrze mieć gotówkę jakby co, ale telefonem płaciłam nawet w kiblu w jakiejś szopie nad jeziorem 😉 Wszędzie gdzie byłam, każdy znał angielski. To nie jest Turcja, Gruzja jest europejska. Gdyby nie roaming i te piękne litery gruzińskie, czułabym się jak w Europie.
Kiedy wyjeżdałam, na lotnisko o pierwszej nad ranem przyjechał właściciel nowego hotelu, żeby się osobiście ze mną pożegnać. We met as work partners, we part as friends – powiedział – When you come next time, you will be a family. Mam nadzieję, że ten next time będzie szybciej, niż się zapowiada. Prawdopodobnie w styczniu będę w Istanbule, więc żaden problem podskoczyć też do Tbilisi 🙂