Pisarze powiązani z Oxfordem

Kiedy byłam dzieckiem w czasach komuny, na książki, szczególnie te dobre, się polowało. Moja mama miała znajomą, której koleżanka pracowała w księgarni, więc kupowaliśmy książki spod lady. Pewnego dnia owa znajoma przyniosła 3 grube tomiszcza powieści, która ponoć schodziła jak ciepłe bułeczki. Miałam wtedy około 11 lat i okropne, posępne okładki z nieładnymi ilustracjami jakoś bardzo mnie do czytania tego nie zachęcały, niemniej jednak z czystej ciekawości zaczęłam pierwszy tom. I tak oto poznałam i pokochałam  Władcę Pierścieni autorstwa JRR Tolkiena. Do dziś regularnie do nich wracam, a Aragorn jest moim literackim crushem 😉

Czy to nie jest koszmarna okładka??

Będąc w Oxfordzie nie mogłam więc nie odwiedzić grobu pisarza, który znajduje się na niewielkim cmentarzu Volvercote. Z centrum można tam dojechać kilkoma autobusami, ja wzięłam busa nr 6 z przystanku na Magdalen Street i po 10 minutach wysiadłam na Jurys Inn, a stamtąd już kilka minut na piechotę. Z powrotem wracałam spacerkiem około godzinę, bo pogoda była bardzo ładna. Na cmentarzu nie było żywej duszy. Grób łatwo znaleźć, bo prowadzą do niego wyraźne strzałki, umiejscowione przy ścieżce.  Jest bardzo skromny, przeważnie pokryty karteczkami od fanów i pierścieniami, ale przypuszczalnie po zimie został ze wszystkiego oczyszczony i opielony z chwastów, leżały tam tylko dwa zwiędłe bukieciki kwiatów.

Inskrypcja również jest skromna, to tylko imiona i nazwisko żony pisarza i jego samego, z datami śmierci. Są tam też imiona Beren i Luthien, literackiej pary z twórczości Tolkiena. Luthien z rodu elfów zakochała się w śmiertelnym Berenie, poświęcając dla niego swoją nieśmiertelność. Autor bardzo kochał swoją żonę, która często go inspirowała. Tak bardzo, że zrezygnował w końcu ze swojej drugiej miłości – Oxfordu.

Nie wszyscy wiedzą o pewnych interesujących faktach z życia pisarza. Urodził się w kraju, który już nie istnieje i jest częścią RPA – the Orange Free State. Jako dziecko doświadczył dwóch nieprzyjemnych przypadków, mianowicie ukąsiła go tarantula, a na jeden dzień „uprowadził” go z domu służący. Do Angli wrócił w wieku trzech lat. Swą miłość, Edith, poznał mając 16 lat. Jego prawny opiekun (bo oboje rodzice już nie żyli) zabronił Johnowi, zagorzałemu katolikowi, kontaktów z dziewczyną wyznającą protestantyzm. Przynajmniej do czasu, aż osiągnie on pełnoletność, czyli 25 lat. Tolkien odczekał do tego momentu, a potem od razu napisał do Edith, pojechał do niej i oświadczył się. Dziewczyna była już zaręczona, ale ku zgrozie rodziny zerwała z narzeczonym i oświadczyła, że nie tylko z chęcią poślubi mężczyznę bez pieniędzy i widoków na przyszłość, ale i przejdzie na katolicyzm.

Nie chcę pisać jego biografii, więc od razu przeskoczę do czasów po I wojnie światowej, kiedy Tolkien rozwijał swoją karierę uniwersytecką na Oxfordzie, między innymi pracując przy opracowywaniu oxsfordzkiego słownika. Był założycielem i członkiem nieformalnej grupy The Inklings, która spotykała się w pubie The Eagle and Child, zwanym dla żartu The Bird and Baby, by dyskutować o literaturze. Niestety pub, gdzie Tolkien i  jego najlepszy przyjaciel C S Lewis, autor Kronik Narnii, mieli swój stały stolik, jest obecnie zamknięty i wystawiony na sprzedaż.

Pisarz był lingwistą znającym, w różnym stopniu, około 30 języków. Pasjonowało go również tworzenie nowych, co uczynił dla bohaterów swego najbardziej znanego dzieła, Władcy Pierścieni. Książka okazała się ogromnym sukcesem, który trochę ciążył zarówno Tolkienowi, jak i jego żonie. Ciągła atencja fanów go onieśmielała, musiał też wycofać swój numer telefonu z książki telefonicznej. Ponieważ był teraz dobrze zarabiającym i sławnym pisarzem, Edith, niespecjalnie lubiąca Oxford, namówiła go na przeprowadzkę do nadmorskiego Bournemouth. John tęsknił i za miastem, i za spotkaniami swojej grupy, ale z drugiej strony radował go widok żony, która rozkwitła jako gospodyni i gwiazda towarzystwa. Do Oxfordu powrócił dopiero kiedy umarła, i został tam 2 lata aż do swojej śmierci.

Wspomniany przyjaciel Tolkiena, C S Lewis, to kolejny znany autor powiązany i z miastem, i z uniwersytetem. Urodził się w Belfaście i zawsze uważał się za Irlandczyka. Od dziecka był zainteresowany mitologią nordycką i celtycką. Kiedy wyjechał do Anglii by się tam kształcić, przeżył kulturalny szok. „The strange English accents with which I was surrounded seemed like the voices of demons. But what was worst was the English landscape …” wspominał. Mimo to zdecydował się na zamieszkanie w Oxfordzie, gdzie najpierw studiował, a potem wykładał.

Ponoć C S Lewis, wracając wieczorem z pubu, postanowił iść na skróty niewielką uliczką St Mary’s Passage. Tam ujrzał świecącą we mgle latarenkę, a kiedy spojrzał w bok, zobaczył fantazyjną płaskorzeźbię lwiej głowy. Wtedy to powstała w jego głowie historia o Narnii, do której prowadzi latarnia, gdzie włada lew Aslan. Same drzwi to tajemnicze wejście przez szafę, a sylwetki faunów to również postaci z książki.

Ostatnim pisarzem bardzo związanym z Oxfordem, o którym chcąc nie chcąc muszę wspomnieć, jest Lewis Carroll. Chcąc, bo w końcu obok wcześniej opisanych, to duma i chluba miasta, autor bestsellerowej powieści Alicja w Krainie Czarów (której osobiście nie lubię). A nie chcąc, bo to bardzo kontrowersyjna postać, o czym coraz częsciej się ostatnio mówi, a to z powodu jego niezdrowej pasji do małych dziewczynek.

Każdy, kto uczestniczy w jakimkolwiek „walking tour” skupiającym się na oxfordzkich pisarzach czy sławach, prędzej czy później znajdzie się na tyłach uniwersytetu Christ Church, gdzie mieszkał i pracował aż do śmierci Charles Lutwidge Dodgson (prawdziwe nazwisko Carrolla). Przewodnik rozmarzonym tonem zacznie opowiadać, jak to pewnego pięknego popołudnia Charles wziął na przejażdżkę łódką trzy dziewczynki, córki owczesnego rektora. Jego ulubienica Alice bardzo prosiła go o jakąś opowiastkę, więc na poczekaniu wymyślił historyjkę o Alicji, która ścigając królika wpadła do dziury w ziemi.

Alice prosiła go, by jej to spisał, co też zrobił, a ilustrowany osobiście rękopis podarował dziewczynce na gwiazdkę. Zachęcony przez rodziców Alice oraz innych przyjaciół, postanowił po drobnych przeróbkach wysłać go do wydawnictwa. Reszta jest historią, jak wiemy książka została przetłumaczona na chyba wszystkie języki, powstały filmy i seriale, balet i opera. W wielu krajach odbywają się festiwale i parady na cześć jej bohaterów.

Ponieważ książka mnie nigdy nie interesowała, to autor też niespecjalnie. Ale kiedy przez pojechaniem do Oxfordu zaczęłam się wgłębiać w temat, bardzo zdziwiła mnie fascynacja Carrolla dziewczynkami, które uznawał za swoje przyjaciółki, a które były w wieku poniżej 14 lat. Szczególną sympatią darzył Alice, bohaterkę wielu wykonanych przez niego fotografii. Najsłynniejsza przedstawia Alice przebraną za żebraczkę, w „łachmanach” odsłaniających sutek. Ale bardziej szokujący jest portret nagiej Beartice Hatch. Ówcześni biografowie dzielą się na dwa obozy: jedni uważają, że Caroll był „nieaktywnym” pedofilem. W sensie – nie wdawał się z dziewczynkami w seksualne akty. Drugi obóz twierdzi, że patrzymy na cała historię oczami osoby z XXI wieku, bo nie rozumiemy, że w epoce wiktoriańskiej zdjęcia czy obrazy nagich dzieci nie były niczym szokującym, tak samo jak przyjaźnie dorosłych, niezamężnych mężczyzn z dziećmi… Któs powiedział, że Caroll wielkim pisarzem był, ale swoich dzieci by z nim nie zostawił.

Tak czy inaczej, kiedy Alice miała 11 lat, jej rodzina nagle zerwała wszelkie stosunki z pisarzem, a powód tego nie został nigdy odkryty. Co ciekawe, w pamiętnikach Carrolla, które spisywał metodycznie latami, ktoś wyciął strony dotyczące tego właśnie okresu. Alice dorosła, wyszła za mąż i miała troje dzieci. Po śmierci męża jej finanse tak się pogorszyły, że sprzedała rękopis Alicji, w przeliczeniu na obecną walutę za około 900.000 funtów. Po śmierci nowego właściciela, trafił on do jakiegoś amerykańskiego zrzeszenia bibliofili, którzy podarowali go wspaniałomyślnie brytyjskiej Bibliotece Narodowej.

Przyznam się, że po mieście tak pełnym powiązań z pisarzami, spodziewałam się mnóstwa uroczych sklepików z oryginalnymi pamiątkami czy prezentami, księgarenek, tematycznych kawiarenek i w ogóle większej ilości nawiązań do owej literackiej atmosfery, ale niestety, zawiodłam się sromotnie. Oprócz masy badziewnych sklepów z magnesami na lodówkę i t-shirtami made in china, poza Alice Shop, gdzie kiedyś Alice kupowała słodycze, a teraz ktoś prowadzi tam sklep związany z tą konkretną książką, nic innego nie ma.

Natomiast wszyscy miłośnicy książek (ale i architektury) powinni pójść do drugiej najstarszej brytyjskiej biblioteki, Bodleian Library, ufundowanej przez Thomasa Bodleya w 1602 roku. Nie ma innej opcji, jak wykupienie biletu na wycieczkę z przewodnikiem. Ponieważ jest kilka różnych opcji, zdecydowanie polecam całościową, ze zwiedzaniem wszystkich dostępnych budynków. Niestety, Radcliffe Camera, czyli charakterystyczny okrągły budynek jaki widać w moim poprzednim poście, był zamknięty dla turystów.

Bardzo entuzjastyczna pani przewodnik opowiedziała nam mnóstwo interesujących faktów o powstaniu bliblioteki, jej założycielach i patronach. Wycieczka zaczyna się od Divinity Room, który miłośnicy Harry’ego Pottera mogą znać z filmu. Zbudowany jest w stylu gothic revival, szczególne wrażenie robi przepiękny sufit, ozdobiony herbami i insygniami sponsorów biblioteki. Chancellor’s Court, czyli miejsce, gdzie zbierały się szychy uniwersytetu, zainteresował mnie głównie z tego powodu, że kiedyś był tam strofowany Oscar Wilde, pewnie za jedno ze swoich homoseksualnych przewinień.

Najpiękniejszą częścią biblioteki jest jednak jest najstarsza Duke Humpfrey’s Library. Tam też kręcono Pottera, ale ja znam to miejsce z serialu Discovery of Witches. Humphrey of Lancaster, 1st Duke of Gloucester (młodszy syn króla Henryka IV) był ogromnym miłośnikiem literatury. Przekazał swą kolekcję 281 ksiąg bibliotece Oxfordzkiej, która wtedy posiadała ich tylko 20. Książki były wówczas pisane ręcznie, przez to bardzo drogie i niedostępne dla wszystkich. Żeby pomieścić darowiznę, musiano dobudować całe piętro do istniejącego budynku. Niestety podczas reformacji, czyli rozwodu z papieżem i kościołem katolickim, zniszczono prawie wszystkie książki z kolekcji Duka, oprócz trzech, które najwyrażniej nie miały żadnych religijnych odniesień.

Kiedy weszliśmy do biblioteki, pani przewodnik poprosiła, byśmy na chwilę ściągnęli maski i wciągnęli przecudowny zapach starych książek, połaczony z wonią dębu i czegoś jak wosk. Naprawdę, można by zamknąć oczy i przenieść się do czasów, kiedy księgi były przymocowane do półek łańcuchami, by ich nikt nie ukradł. Przy okazji, scena na poniższym zdjęciu z filmu o Potterze nie jest historycznie akuratna. Książki nie mogły być ułożone grzbietami do patrzącego, bo łancuch był przyczepiony do rogu okładki, nie do grzbietu. Oczywiście sprawiało to trudność, mianowicie nie było wtedy widać tytułu. Pracownicy biblioteki numerowali je, a na brzegu półki przyczepiona była lista numerów i tytułów.

Niestety w środku nie można robić zdjęć, więc wklejam poniżej zrobione przez: By Diliff – Own work, CC BY-SA

Nie oddaje ono piękna i rozmiarów wnętrza, to trzeba zobaczyć na własne oczy. Po prawej widać dwie oddzielone drzwiami salki, które powstały dla króla i królowej. Otóż któryś z panujących monarchów napisał do biblioteki z prośbą o wypożyczenie jakiejś książki. Pracownik odpisał, że książki mogą być czytane wyłącznie na miejscu i dołączył do listu regulamin. Król nie miał więc innego wyjścia, jak tylko udać się do Oxfordu osobiście, ale by zapewnić mu prywatność i ochronę, odgrodzono ławki od innych przepierzeniami.

Bodleian Library dostaje po jednej kopii każdej książki opublikowanej w UK i Republice Irlandii. Żeby je wszystkie pomieścić, wybudowano poza Oxfordem halę wielkości sześciu boisk piłkarskich, a i to niedługo nie wystarczy. Między uniwersytetem a tą halą krążą regularnie kurierzy, wię jeśli student czy wykładowca zażyczy sobie jakiejś pozycji rano, to dostanie ją najpóźniej po poludniu.

I to już koniec moich oxfordzkich migawek. Nie wiem,czy Was zachęciłam, czy zniechęciłam, moim zdaniem warto Oxford odwiedzić, ale jeśli ktoś musi wybierać między wizytą w Cambridge a Oxfordem, to zdecydowanie polecam Cambridge 🙂

6 uwag do wpisu “Pisarze powiązani z Oxfordem

  1. Lewis Caroll ma tez powiazania z Cheshire i Llandudno w pln.Walii. Nie lubilam Alicji, Tolkiena zmeczylam na raty w liceum – lubie fantasy ale bardzo wybiorczo 🙂 Skombinuje Ci swieczke o zapachu starych ksiazek, sama tez uwielbiam takie nuty.

    Polubione przez 1 osoba

  2. A ja Alicja bardzo lubie, Tolkiena tez czytalam jeszcze w podstawowce, dzieki mojemu ojczymowi, on mnie na fantasy i s-f nakierowal. A juz Harry Potter mnie nie zachwycila, przeczytalam kilka pierwszych czesci i dalam sobie spokoj. Teraz czasem zerkne, jak film ktorys leci.
    Poslucham i zaczne od Cambridge;)

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.