Ściągaj maskę czyli z wizytą w Cambridge – część pierwsza.

Moja wizyta w Cambridge została zorganizowana bardzo spontanicznie. Nie brałam żadnego dnia wolnego, leciałam po pracy w piątek z plecaczkiem, wracałam w niedzielę wieczorem. W biurze mój tryb życia, a więc przeróżne wypady tu i tam, zawsze budzą uczucie zaskoczenia i lekkiej – sympatycznej – zazdrości. Mój GM, udupiony ojciec czwórki dzieci, w dzień mojego wyjazdu zapytał jakie mam plany na weekend.

I am going to Cambridge – odparłam.
Cambridge? – upewnił się zaskoczony – in England??
Yes…
How?
By plane…. kontynuowałam – I am meeting my friend who I haven’t seen for 2 years, since we went to Lisdoonvarna.
Lisdoonvarna? – zapytał znów.
Yes, Matchmaking festival.
Matchmaking festival??? – był tak zdumiony, jakbym przyznała się do udziału w zjeździe satanistycznym połaczonym z zarzynaniem kozła.

W porównaniu z poprzednim wyjazdem do Edynburga, który opisałam TU, lotnisko było na pełnym biegu. Wszystko pootwierane, kolejki do bramek w normie, półki w sklepach w miarę zapełnione. Kiedy wylądowałam na Stansted, rzuciłam się w objęcia mojej koleżanki (nie tylko blogowej) Kat vel Dity, która od razu nakazała:
Ściągaj maskę!

No tak, przyjazd z zamaskowanej Irlandii do UK to tak jak przyjazd z Gilead do Kanady w Opowieści Podręcznej. Wolność! Nie żeby te maski mi jakoś przeszkadzały, ale mimo to fajnie jest chodzić wszędzie z odsłoniętą facjatą i widzieć, jak ludzie naprawdę wyglądają. Jakby ktoś chciał się zaopatrzyć w dobrej jakości tanie maski, to w UK sa właśnie wyprzedaże, po niecałe dwa funty za kilka sztuk.

Z lotniska Stansted do Cambridge jedzie się pociągiem pół godziny, a ze stacji do centrum idzie się około 35 min. Nie nocowałyśmy w żadnych luksusach, bo tak na ostatnią chwilę żadnych luksusów w normalnych cenach nie było. Dita znalazła pokój w bardzo dobrej lokalizacji, w domu należącym do miłego gospodarza – komunikacja i atencja pierwsza klasa – ale jeśli chodzi o moje dotychczasowe doświadczenia z Airbnb to marnie było.

Już pomijam fakt, że kitchenette okazała się blatem z czajnikiem elektrycznym, zlewem, oraz paroma naczyniami i sztućcami, a człowiek by się spodziewał przynajmniej tostera i mikrofali, o mini lodówce nie wspominając (można było przynajmniej używać lodówki gromadzkiej na dole). Pomijam fakt, że TV opiewany jako Smart TV okazał się wcale nie smart. Pomijam zgniło-zielone zasłony jak z czasów PRLu, a to, że było gorąco jak na Saharze, mimo wyłaczonego ogrzewania i otwartych okien, to w końcu nie właściciela wina.

Ale czystość pozostawiała dużo do życzenia – drzwi nie myte może od czasu ich zainstalowania, w łazience ten wentylator na suficie tak zakurzony, że chyba nigdy nie wycierany, a szczotka do kibla nie pamiętała czasów, kiedy była dziewiczo biała. Do tego drzwi do prysznica się nie domykały, główka prysznica opadała w dół jak penis impotenta, a szampon z Aldi pienił się jak pianka do golenia.

Za to samo Cambridge – wspaniałe miasto z rewelacyjną atmosferą, połączenie intelektu i zamożności, o czym świadczyły chociażby wypasione fury i nieatrakcyjni, wysocy, przygarbieni i rozczochrani profesorowie w garniturach i z teczką, o zgryzie Hugh Granta, paradujący po ulicach i znikający w czeluściach bram do college’ów. Kiedy stałyśmy przed sklepem z książkami, młodzieniec w wieku może 17 lat pokazywał koledze jakąś pozycję o matematyce, której tytułu absolutnie nie zrozumiałam, opisując, jaka to wspaniała książka i jak był zafascynowany wszystkimi zawartymi w niej teoriami.

W starych kościółkach w samym środku miasta mszę prowadzą księżyce/pastorki. Mszę można oglądać online a spowiadać się przez zoom, czyli nowoczesność w domu i zagrodzie. Przy tych kościółkach są niewielkie cmentarzyki z pochylonymi płytami nagrobnymi i ławkami, idealne miejsce na cygaro i relaks podczas zwiedzania. Ulubioną rozrywką mieszkańców i przyjezdnych są pikniki na terenach zielonych wzdłuż rzeki Cam, oraz PUNTING, czyli pływanie po rzecze na płaskiej łodzi, odpychając się kijem. Punting można uprawiać samodzielnie po wypożyczeniu łodzi, ale można też zapłacić za wycieczkę z profesjonalnym punterem – przewodnikiem, co też my zrobiłyśmy.

Polecam Wam wycieczkę z Alumni Tours, którą zarezerwowałyśmy poprzez Experiences na Airbnb, łączącą dwugodzinny walking tour po Cambridge i półgodzinny punting. Przewodnikami są byli studenci, rzucający osobistymi przeżyciami i anegdotkami na prawo i lewo. Czego się dowiedziałam, to w kolejnym wpisie Wam opowiem, bo jednym postem się niestety nie opędzę. Wspomnę tylko, że na zwiedzenie Cambridge wystarczy spokojnie półtora dnia, choć jednak sugerowałabym dwa pełne. Bo wtedy można iść na jeden z wielu organizowanych wszędzie eventów – kameralnych koncertów, kabaretów, spektakli teatralnych, komików itp, można pochodzić po pubach, z których wiele ma bardzo ciekawą historię, zajrzeć do muzeów (z których wiele jest bezpłatnych). Niestety nie udało się nam wejść do college’u na zwiedzanie, bo w niedzielę wszystkie były zamknięte dla turystów. Ale myślę, że kiedyś się jeszcze w Cambridge pojawię.

2 uwagi do wpisu “Ściągaj maskę czyli z wizytą w Cambridge – część pierwsza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.