Beara Peninsula – podejście drugie

Po trzech goracych latach wreszcie mamy normalne, irlandzkie. Takie jak na obrazku:

Mimo to nie zrazila mnie i blogowej kolezanki Irolki prognoza ze w weekend bedzie „pissing rain” i w zeszla sobote rano wyruszylysmy w kierunku Beara Peninsula. Im bardziej zjezdzalysmy w dol tym sie robilo bardziej nieciekawie. Jeszcze w Kenmare gdzie jadlysmy lunch pogoda byla w miare ok, ale pozniej zaczelo lac i wiac. 

Ring of Beara objechalysmy wiec li tylko z koniecznosci a z pieknych widokow ktore opisywalam kiedys TU zostalo nic. Irolka czasem wysiadala dzielnie z auta by popatrzyc w bezbrzezna ton oceanu, smagana wichrem i wygladajaca jak kupka nieszczescia 😉

Jedz na weekend mowili…bedzie fajnie mowili …

Nawet owce sie pochowaly  oprocz tej jednej ktora spokojnie zula trawe nie zwazajac na aure. 

Ech turysci… (mysli owca)

 A droga sie wije…

Na nocleg zatrzymalysmy sie w Castletownbere, miasteczku ktore zaslynelo z tego ze krecono tam Ondine i Colin Farrell zaplodnil wtedy Alicje Bachlede-Curus. Zakupiwszy po butelce wina na rozgrzewke postanowilysmy zajac sie konwersacja i ogladaniem fimu ktorego tytulu zdradzic nie moge, bo Irolka kazala mi przyrzec ze to zostanie miedzy nami i nawet zaproponowala zeby to przypieczetowac krwia na co sie nie zgodzilam 😉

Na szczescie niedzielny poranek okazal sie sloneczny wiec moglysmy i pospacerowac troche po miasteczku (w ktorym naprawde nie ma nic ciekawego) i ruszyc w dalsza droge. 

Gdzie tu jechac? Gdzie tu jechac? 

Kolejnym przystankiem byl Glengariff, calkiem interesujace miejsce z duza iloscia sklepikow z przeroznymi pamiatkami, ktore jest turystyczna destynacja juz od 1700 roku. Duzo sie tam dzieje: wystawy, wekendy jazzowe, festiwale sztuki itp. Miedzy mini przystania a malutka wysepka Garnish Island kursuje lodz. Nie skorzystalysmy ale spacer wokol przystani byl przyjemny i widoki ladne.

 Zupelnie inaczej kiedy zaswieci slonce 🙂

Najwieksza atrakcja Glengariff jest Bamboo Park, przepiekne miejsce pelne egzotycznych roslin, nie tylko bambusow i palm. Gdyby bylo cieplej mozna by sie poczuc prawie jak na innym kontynencie 🙂 Oprocz nas byla tam tylko grupa Hindusow – trzy pary z jakas jedenastka czy dwunastka dzieciakow. Ciekawe czy to pogoda nie zachecila turystow czy zawsze jest tam tak pusto. Chetnie odwiedze go jeszcze raz jesli bede przejazdem w okolicy. 

Bamboo Park

Niedaleko Glengariff jest inny cudowny park nalezacy do posiadlosci Bantry. Wlascicielem nieruchomosci zostal w XVII wieku Richard White ktorego potomkowie wciaz trzymaja go w garsci. A jest co bo budynek jest znaczny, z przylegajacymi stajniami i gruntem no i z niesamowitym widokiem na Bantry Bay. Najlepiej widac go w calej okazalosci po wspieciu sie po kilku tarasach szlakiem starszych pan (tak sie nazywa – Old Ladies Walk). Tylko Tea Room – Herbaciarnia – rozczarowala mnie bo tyle sie nasluchalam o niej i spodziewalam sie jakiegos salonu z kominkiem i portretami jasnie panstwa na scianie, a tymczasem miejsce wygladalo jak kuchnia dla sluzby. Mozna zreszta zatrzymac sie w Bantry House, ceny od 179.00 euro za noc (ze sniadaniem) czyli nie tak tragicznie.

Dramatyczne niebo nad Bantry

I to wlasciwie byloby na tyle zwiedzania bo pogoda zrujnowala ambitne plany. Wracajac postanowilysmy jeszcze odbic do Prince August Toy Soldier Factory ( Olowiane Zolnierzyki…nie pytajcie czemu) bo wydawala sie ona zaraz przy drodze sprawdzajac na mapie. Zobaczylysmy szyld i zjechalysmy. Jedziemy i jedziemy, za chwile pojawia sie kolejny szyld z napisem: ALmost there… Wspinamy sie autkiem coraz wyzej a fabryki ani widu ani slychu. Kolejna reklama: Almost there…I znow nic. 

– Ale piekne widoki – mowie zerkajac na boki.

– Gdzie te pieprzone zolnierzyki – burknela Irolka 😉 odporna na uroki przyrody (wlasciwie to uzyla innego slowa na P)

Wreszcie dotarlysmy. O dziwo ruch tam byl ogromny, czyli ze zolnierzyki ciesza sie popularnoscia. Istotnie fajna atrakcja dla pasjonatow, mozna poogladac, zakupic a nawet zaplacic za krotki kurs wytapiania zolnierzykow. 

Po drodze do domow zatrzymalysmy sie jeszcze w miescie Macroom zwabione reklama Guinessa z kotem w oknie. Interesujace historycznie miejsce istniejace od conajmniej VI wieku.

Zamek, ktorego resztki mozemy podziwiac do dzis, zbudowala w XII wieku rodzina O’Flynn, szybko jednak dostal sie w rece innej rodziny – McCarthy. Pod jej panowaniem pozostawal az do XVII wieku. Pozniej sie zaczelo dziac…oblegania, zabijania mieszkancow, palenie, ponownie oblezenia…O wszystkim mozna poczytac TUSamo miasto jak i zamek tez przechodzilo rozne koleje losu – poprzez prosperity, wojny, lepsze czasy i gorsze. Podczas narodzin celtyckiego tygrysa znow dobrze sie dzialo a pozniej uderzyla recesja z ktorej Macroom teraz sie dzwiga.

 I kotek w oknie 🙂

 A na koniec owieczka bo owieczek nigdy nie za duzo 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.