Krakowsko-Śląskie impresje

Tydzien w Polsce minal na atrakcjach wszelakich – strzelaniu, zwiedzaniu Krakowa i jego knajp, jezdzeniu trabantem po Nowej Hucie i zakupach w Silesia Shopping Centre, ale przede wszystkim zapisze sie w mej pamieci jako ten kiedy zostalam po raz drugi rozwodka.

Mimo ze odbylo sie to raczej bezproblemowo (oprocz tego ze nie mielismy z soba zadanych dokumentow bo nie dotarly pisma z sadu i malo brakowalo zeby nam nie przesuneli daty i tego ze pani sedzina byla wyjatkowo nieprzyjemna) to jednak nie jest to najlepszy sposob na spedzanie poranka (szczegolnie w walentynki) i postanowilam ze trzeci raz za maz nie wyjde chocby po to by sobie oszczedzic ewentualnych podobnych wrazen.

Ale od poczatku – jak zapewne juz kazdy wie Ryanair zaczal wreszcie alokowac za darmo siedzenia w zwiazku z czym wydawaloby sie ze skoncza sie kolejki ustawiajace sie 2 godz przed lotem – ale nie.

Nie wiem czy Polacy maja w genach stanie w tych ogonkach czy co, ale kiedy przyszlismy pod bramke jakas godzine przed czasem, kolejka juz sie byla i tylko pare osob -podejrzewam innej narodowosci niz polska – siedzialo. My poszlismy do baru na drinka.

Oczywiscie mnostwo dzieci w przedziale od infant do kilka lat.

C. z jakiegos nieznanego mi powodu oczekiwal ze ludzie zaczna klaskac przy ladowaniu wiec sie troche rozczarowal kiedy sie to nie stalo, stwierdzil jednak ze jesli on da przyklad to inni za nim podaza. Kiedy wiec pilot wyglosil mowke koncowa zaczal – ku mojemu przerazeniu – klaskac i wtedy faktycznie caly samolot momentalnie sie dolaczyl.

Zaraz po przyjezdzie do Krakowa C. wykazal sie tez znajomoscia jezyka polskiego wskazujac na sklep i mowiac „POLSKI SKALP” – co przyciagnelo uwage przechodzacego lysego mlodzienca 😉

Krakow poznym wieczorem w niedziele okazal sie byc wyludniony. Bylam tym tak samo zdziwiona jak wtedy kiedy zrobilam nocna rundke po Rzymie i tez sie okazal pusty. Na drinka wpadlismy do Art Cafe – bylismy jedynymi goscmi oprocz pary w srednim wieku. Nastepnego ranka podjechal po nas trabant prowadzony przez jednego z Crazy Guides ktorzy organizuja tzw communist tour – fajna sprawa dla tych ktorzy pamietaja albo znaja z filmow Barei jak i dla cudzoziemcow.

Zostalismy zabrani do Nowej Huty – tour guide Maciek raczyl nas po drodze zabawnymi anegdotkami ale i faktami, a ja dopowiadalam swoje trzy grosze jako ta co na wlasnej skorze przezyla. C. oczywiscie mial niejakie pojecie o komunizmie ale oczy mu sie szeroko otwieraly w niedowierzaniu co jakis czas 😉 Na drinka wstapilismy do restauracji Stylowa gdzie panie kelnerki-wlascicielki w wieku okolo 60 paru lat lustrowaly nas z daleka. Babcia klozetowa natomiast – drobna kobiecina – okazala sie byc byla sekretarka dyrektora huty.

Odwiedzilismy sklep Cepelii w ktorym sprzedawca zagadal po angielsku – wydalo sie ze pracowal 5 lat w Waterford. Potem przyszla pora na wizyte w typowym mieszkanku z epoki, z mebloscianka, wersalka, drewnianymi szkatulkami i krysztalami na polkach i ciociosanem na stole. 

Mieszkanie to jakby male muzeum z eksponatami z zycia codziennego – byl i syfon, i sokowirowka, i papier toaletowy na sznurku, kartki na mieso i mnostwo innych ciekawostek. Obejrzelismy film propagandowy czytany glosem Lapickiego zachecajacy mlodziez z wiosek to budowy Nowej Huty, rabnelismy po kielichu wodeczki i pojechalismy na lunch do typowego baru mlecznego.

Klimat jak z lat 70-tych – pani krzyczaca do dziury w scianie : Leniwe na sale raz! – jedzenie smiesznie tanie ale smaczne, a towarzystwo przy stolikach – barwne 😉 

Wycieczka zakonczyla sie podjechaniem pod hute i wizyte w kosciele oraz pokazaniem wnetrza trabanta. 4 godziny zlecialy bardzo przyjemnie i do tego edukacyjnie a dla mnie i sentymentalnie 😉

Nastepnego dnia rano pojechalismy do Wieliczki – troche mnie kopalnia rozczarowala, bylam juz tam jako 10-letnie dziecko ale nic nie pamietalam. Placi sie okolo 75 zl za wstep (z przewodnikiem w j.polskim jest taniej) i 10 zl za pozwolenie na robienie zdjec. Pod spodem glownie sie chodzi i chodzi, odwiedzane komnaty nie sa specjalnie wyjatkowe oprocz kaplicy Kingi ktora naprawde robi wrazenie. Wycieczce towarzysza efekty akustyczne raczej dla dzieci – ogolnie nic az tak ciekawego chociaz C. sie podobalo (ale dupy ze sie wyraze mu nie urwalo 😉 

Wieczorami natomiast krazylismy po rynku, odwiedzilismy zamek i Kazimierz. Na Kaziemierzu zreszta znalazlam Absynt cafe serwujaca i czysty absynt i koktajle na jego bazie. Wnetrzne piekne – jak zydowskie mieszkanie sprzed wojny. Wpadlismy tez do Alchemii – kolejne ciekawe miejsce z kompletnie innym klimatem.

Odwiedzilismy bardzo rozreklamowana restauracje Miod Malina – w srodku faktycznie miod malina, ladnie, wiosnianie i swiezo. A jedzenie…takie sobie. Zjesc i zapomniec, nic ciekawego. Szczerze – w mlecznym barze bardziej mi smakowalo. 

Przysiadalismy czesto na grzane wino na rynku i pina colade, i piwo. Ogolnie bylo bardzo sympatycznie, fajna pogoda i mysle ze chyba kiedys wpadne tam jeszcze ale tym razem sama bo jednak jak sie jest z facetem to sie nigdy spokojnie nie zwiedzi i nie pooglada tak jakby sie samemu to zrobilo. Szczegolnie Kazimierza mi bylo malo ale coz – ograniczony czas.

W srode bowiem czekala nas wizyta w klinice dentystycznej w Katowicach – musielismy sie wiec zwijac. Och – Katowice to oczywiscie inna bajka i uprzedzalam C. zeby sie niczego ladnego nie spodziewal no i mialam racje. Poza tym centrum rozkopane ze az strach. Brnelismy przez prowizoryczne sciezki pelne blota (bo sie akurat rozpadalo) szukajac taksowek bo przy postoju autobusu ich nie bylo (moja walizka przy tym wpadla do kaluzy). Wreszcie jakos dotarlismy do wynajetnego pokoju. Oczekiwalam najgorszego bo to taki blok byl jak z komuny, ale pokoje naprawde ladne, czyste i widac ze swiezo i odmalowane i zrobione. Prysznic jakby swiezo wstawiony – niestety zepsuty: woda lala sie super kiedy sie przekrecilo na zimna, a ciurkiem kiedy sie chcialo goraca. 

O dziwo na stole lezala kartka ze nalezy zaplacic depozyt jesli sie chce pilot, tylko ze telewizora nie bylo, za to byl do niego kabel wychodzacy ze sciany i zwiniety w klebek. Ale takie tam drobiazgi nie znaczyly w sumie nic wiec sie nie „complainowalismy” ani sobie nie zawracalismy tym glowy.

Oczywiscie C.u dentysty zachowywal sie dokladnie tak jak Kitty u weterynarza. Strach w oczach. Bylo to jednak tylko „rozeznanie terenu” i czyszczenie, na porzadna robote C. musi przyjechac ponownie za jakies 3 miesiace. 

Zeby chlopa odstresowac po tych ciezkich przezyciach zabralam go na strzelnice do Chorzowa. To byl strzal w dziesiatke (nomen omen). Zaczal od Glocka, poprzez rewolwer Rossi, Scorpiona i shot guna przeszedl do Mosina i skonczyl na AK 47 🙂 Okazalo sie nawet ze niezly jest na pierwszy raz, az sam instruktor wyrazil podziw. C.smierdzial potem prochem do konca dnia za to zadowolony byl jak nigdy. Tarcze zostaly zabrane do domu i juz byly pokazane kazdemu kto chcial (i nie chcial) ogladac i podziwiac.

Po centrum Katowic musielismy sie jednak poprzemieszczac chocby po to by cos zjesc – i znalezlismy swietne male miejsce na Staromiejskiej – Latajaca Swinie. Wbrew nazwie nie tylko dania z wieprzowiny mozna tam znalezc (swinia „poleca sie w calosci”) ale i duzy wybor dla wegetarian. Bylismy tam 2 razy, zachwyceni jedzeniem, drinkami, atmosfera. Duzy plus – obsluga i menu anglojezyczne. Ilekroc jeszcze bede w Katowicach – nie omieszkam wpasc do Swini! 

Zabralam tez C. do angielskiego pubu w ktrym bywalam czesto kiedy uczylam sie jezyka – slynal z tego ze wszyscy lektorzy tam chadzali i bylo zawsze tloczno. Te czasy sie skonczyly – pub pusty i jakis depresyjny, za to barman mi polal rumu do pina colady ze hej!

Poza tym STOLYCA Slaska brzydka jaka i zawsze byla, choc przynajmniej dworzec wreszcie porzadny jest, nie ta rudera z narkomanami i obszczymurkami gdzie sie czlowiek bal wejsc. Dworzec sie laczy z GALERIA HANDLOWA z prawdziwego zdarzenia, taka o ktorej mlody Stuhr opowiadal w skeczu (gdzie jestem? w Galerii…no jak to jakiej,handlowej,Kryska wez nie wyglupiaj sie;) 

Jedno tylko miejsce przykulo pozytywnie moja uwage – budynek Starego Dworca (starszego niz ten paskudny zburzony)i ulica Mariacka – niestety zaniedbana ta przestrzen bardzo i nie wykorzystana. Mam nadzieje ze ktos cos kiedys tam wymysli i przede wszystkim uratuje stary dworzec od ruiny.

Odwiedzilismy tez moja mame i brata – mama nie wiedziec czemu przygotowala tradycyjne slaskie potrawy choc gdzie tam nam do Slaska – historycznie moje miasto rodzinne to Galicja.

Ostatni dzien przed wylotem sie troche dluzyl bo samolot mielismy o dziewiatej wieczorem, wiec poszlismy do kina na HER i potem ponownie do Swini. 

Jakby ktos sie kiedys wybieral do Katowic to w kwestii wskazowek praktycznych wspomne ze taksowki sa tanie jesli sie poprzelicza na euro – najtansza firma to Echo Taxi oferujaca stale ceny za przejazdy do poszegolnych miast w okolicy, na lotnisko tylko 95 zl (autobus to 27 zl wiec jesli sie jest w grupie taniej wychodzi taxi).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.