Poznań przeróżnych doznań

Zwiedzanie Poznania zaczęłam od zamku, z którego ponoć rozciągają się ładne widoki na całe miasto. Ponoć, bo tarasy były zamknięte z powodu remontu. Coś jednak było widać z ostatniego dostępnego piętra, aczkolwiek przez niewielkie okna. Na zamku jest dość ciekawa ekspozycja sztuki użytkowej, a więc wszelakiej ceramiki, sztućców, sreber etc. Zwiedzających było niewielu – ja i kilka Azjatek. Uderzyła mnie jedna rzecz, mianowicie zachowanie pracowników. W sklepie z pamiątkami i na każdym piętrze urzędowały dwie osoby. W pomieszczeniach jest echo i genialna akustyka, więc każdy dźwięk słychać. Pracownicy, zupełnie nie zważając na zwiedzających i traktując ich jak niewidzialnych (dosłownie unikając kontaktu wzrokowego) zaśmiewali się w głos i dzielili ploteczkami i opowiastkami. W żadnym muzeum się z czymś takim nie spotkałam. Ja rozumiem, że jak nie ma ruchu, to się chce pogadać z kolegą czy koleżanką, ale można ściszyć głos a nawet się zamknąć na 5 min, dopóki klient nie przejdzie dalej.

Nie jestem jakoś szczególnie biegła w historii Polski, ale mniej więcej królów znam, więc zdziwiło mnie to, że o jednym z nich, który na zamku mieszkał – Przemysławie II, nigdy nie słyszałam. Nie tylko ja, bo jest on nazywany „zapomnianym królem”. Może dlatego, że był nim niecały rok, zamordowano go podczas starcia z Branderburczykami. Przemysł II zaczął używać jako swego godła symbolu orła. Ciekawostką jest to, że król najprawopodobniej zlecił zabójstwo swej pierwszej żony Ludgardy. Kobieta nie mogła mieć dzieci, co jak wiadomo było najważniejszą powinnością żony – zapewnienie dziedzica. Ludgardę upamiętniono nazywając jej imieniem uliczkę przy zamku, po której chadza wieczorami jej duch… Przemysław jak już wiecie, został zabity, ale przedtem zdążył mieć dwie kolejne żony, choć syna się nie doczekał.

Zaraz przy zamku znajduje się sympatyczne miejsce – punkt wymiany poezji. Można przynieść swój wiersz i zabrać sobie czyjś. Na murze wiszą krótkie poematy i limeryki. Z zamku o rzut kamieniem jest rynek, z ratuszem pośrodku, czterema fontannami oraz otaczającymi go odremontowanymi kamienicami. Podczas wojny, a konkretnie walk między Niemcami a armią czerwoną w 1945 roku, prawie całe stare miasto zostało zniszczone. Ratusz to słynne koziołki, które pojawiają się w okienku i trykają rogami, w południe i o trzeciej. Legenda głosi, że podczas przygotowywania uczty dla jakiegoś bogacza, kuchcik przypalił sarni udziec. Improwizując, złapał dwa koziołki ale te uciekły na ratuszową wieżę i zaczęły się tam naparzać. Uniknęły przez to zjedzenia a na pamiątkę tego zdarzenia to właśnie one są symbolem miasta.

Ważną osobistością w XIX wiecznym Poznaniu był doktor, społecznik i patriota Karol Marcinkowski, który ma w mieście kilka pomników, tablic upamiętniających, swą ulicę, szpital i inne organizacje nazwane jego imieniem oraz uroczą bramę doktora Marcina, bo tak go nazywano. Czytając jego biografię, znalazłam dużo podobieństw do Wokulskiego z powieści Lalka. Marcinkowski jako młody człowiek był romantykiem – pojedynkował się na szable, brał udział w powstaniu wielkopolskim, pochodził z rodziny kupców ale zakochał się w niedostępnej dla niego arystokratce. A potem przeszedł przemianę w pozytywistę – uważał pracę za najwyższy cel, pieniądze jako narzędzie do walki, pomagał biednym. Był bardzo szanowanym człowiekiem, ale nawet on nie ustrzegł się bycia tematem plotek. Otóż już jako znany i zamożny lekarz, zamieszkał w kamienicy, gdzie mieściła się apteka niejakiego pana Kolskiego. Jego żona Albertyna, trochę starsza od Marcinkowskiego, była piękną kobietą. Coś musiało być na rzeczy, skoro o pani aptekarzowej i Karolu huczało na rynku 😉 Kiedy Albertyna została wdową, Marcinkowski musiał się wyprowadzić, by nie dawać plotkarzom jeszcze większego paliwa. Nigdy formalnie nie związał się ani z nią, ani z inną kobietą i zmarł młodo, w wieku 46 lat.

Niedaleko rynku stoi elegancki hotel Bazar, odbudowany po wojnie. Inicjatorem jego budowy był właśnie Marcinkowski, który z kilkoma innymi osobami powował do życia spółkę, mającą na celu między innymi zapewnienie siedziby dla polskich organizacji i towarzystw. W hotelu nocowało wiele znanych osób, między innymi Adolf Hitler. Ale mnie bardziej zainteresował Ignacy Paderewski, którego przemówienie z hotelowego balkonu wznieciło powstanie wielkopolskie.Swoją drogą, Paderewski uchodził za przepięknego mężczyznę i chyba faktycznie kanony urody były wtedy inne. Kochały się w nim przeróżne księżne i hrabiny, jedna z nich wespół ze swą kilkunastoletnią córką, słynna aktorka Modrzejewska i ogólnie prawie każda kobieta, mająca z nim styczność, wypisywała w listach peany na jego cześć. Rywalizowały o niego, odbijały sobie wzajemnie, walczyły o względy. Wreszcie mistrz ożenił się z Heleną, którą wcześniej rozwiódł z jej mężem, swym przyjacielem zresztą.

Fara poznańska, czyli Bazylika kolegiacka Matki Bożej Nieustającej Pomocy, to barokowy kościół z biało różową elewacją, stojący na placu kolegiackim. Pierwszy, oryginalny został zbudowany za czasów Przemysława II, ale doszczętnie spalony podczas Potopu Szwedzkiego. Warto tam wejść, bo w środku znajdują się przepiękne organy, bogato zdobiony sufit i kilka kaplic, jak to w baroku wszystko kapiące od ornamentów. Inny kościół do którego chciałam wejść to Kościół Najświętszej Krwi Pana Jezusa, związany z antysemicką legendą o trzech hostiach. W roku 1399 poznańska mieszczka została przekupiona przez Żydów i wyniosła z kościoła owe hostie, które rabini kłuli nożami sprawdzając, czy poleci z nich krew. Niestety pocałowałam klamkę, więc nie zobaczyłam polichromii przedstawiającej owych Żydów, która ponoć przyczyniła się do podzegania nienawiści rasowej. Dopiero w 2005 r. arcybiskup polecił usunąć z kościoła starą tablicę z antyżydowskim napisem, który kończył się wezwaniem: „Ty sam Boże jakoś jest zawsze sprawiedliwy, Ty wyniszcz aż do szczętu ten naród złośliwy”.

W Poznaniu jest wiele terenów zielonych, parków i skwerów, jest palmiarnia, zoo i jezioro Malta. Nie byłabym w stanie wszystkiego obskoczyć, ale pochodziłam sobie po mieście w poszukiwaniu murali. Do bezpłatego pobrania jest mapa, gdzie zaznaczono najciekawsze z nich ale uwaga – część jest za zamkniętymi bramami, a niektóre są już przemalowane. Nie wszystkie bym zaliczyła do sztuki ulicznej, ale kilka faktycznie zdobi przestrzeń. Najbardziej znany to mural na Śródce, gdzie dostaniemy się obwieszonym kłodkami miłości mostem biskupa Jordana. Mural to ogromne malowidło dające wrażenie iluzji optycznej. Nawiązuje do historii dzielnicy – widzimy więc zakład rzeźniczy, hejnalistę (bo kiedyś na Śródce był ratusz) a jeździec na koniu to władca, który nadał Śródce prawa miejskie. Jest też kot na dachu 🙂 Ogólnie sama Śródka jest sympatyczna i w okolicy są fajne artystyczne sklepiki. Obejrzałam jeszcze kilkanaście innych murali ale które mi jeszcze najbardziej wpadły w oko to: Dzień dobry w Poznaniu – znów sporych rozmiarów dzieło przedstawiające dwa koziołki; Aromat na Garbary 68, upamiętniający przedwojenną palarnię kawy oraz Rzeka Warta Poznania, nawiązujący do czasów, kiedy rzeka Warta przepływała przez centrum. Zaraz koło Placu Kolegiackiego jest wiersz Wisłockiej Chmury. Weszłam też do bramy na Zielonej 1, gdzie jest przepiękny, choć niewielki mural przedstawiający Żydówkę z pomarańczami. Ale ogólnie podwórko jest urocze, pełne roślin, rzeźb i ozdób.

Szczerze, aczkolwiek cieszę się, że do Poznania zajrzałam, to ze wszystkich polskich odwiedzonych przeze mnie większych miast wydał mi się najmniej atrakcyjny. Przypuszczam, że ranking wg mnie wygląda tak: od miejsca pierwszego Gdańsk, Lublin, Wrocław, Kraków, Łódź, Warszawa i na końcu Poznań.

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.