Przerwa świąteczna w Granadzie

Ogarnęła mnie jakaś pomroczność, bo nie wiedzieć czemu do Malagi zarezerwowałam lot z przesiadką w Barcelonie. Jakiś powód pewnie był. Linia Vueling przełożyła drugi lot o 5 godzin do przodu, więc pierwszą noc spędziłam w hotelu przy lotnisku w Maladze, a na drugi dzień dojechałam autobusem do Granady. Z powrotem już normalnie bezpośrednio z Malagi do Dublina. Linia Vueling ma straszne opinie od pasażerów, głównie z powodu wysokiej liczby kancelacji, ale na szczęście obyło się bez dramy i bardzo przyjemnie wspominam oba loty. Natomiast już w Maladze przekonałam się, że jak to zwykle w krajach południowych, bałagan wszędzie jest. Znalezienie autobusu na lotnisku zajęło mi trochę czasu i dobrze, że nauczona doświadczeniem, byłam tam odpowiednio wcześniej. A wg rozkładu jazdy na przystanku i w internecie autobus miał odjeżdżać o 10.45 natomiast wg mojej rezerwacji online poprzez apkę Omio, o 10.15. Odjechał o 10 15.

W Granadzie byłam już w 2017 roku, odwiedzając Alhambrę. Alhambra jest przepiękna, ale uznałam, że raz w życiu wystarczy, nie planowałam więc tam pójść. Natomiast jeśli ktoś z Was zamierza, to zarezerwujcie bilet ze sporym wyprzedzeniem. Kilkoro spotkanych przez mnie turystów dopiero na miejscu dowiedziało się, że coś takiego jak Alhambra istnieje (?) i bardzo się zdziwili, że nie ma biletów. Ponoć warto sprawdzać o północy, kiedy strona rezerwacji odświeża się i mogą pokazać się jakieś ekstra wejściówki. A co miałam zamiar robić – głównie odpocząć, dużo chodzić i nie mieć specjalnego i napiętego planu.

Było naprawdę ciepło 🙂 w słońcu można by było chodzić z krótkim rękawem. Noce chłodniejsze. Granada, jak Rzym, zbudowana jest na siedmiu wzgórzach i jakiś czas temu zdobyła niechlubne 7 miejsce na liście najmniej „walkable” miast na świecie. Przesada moim zdaniem, aż tak stromo nie jest, aczkolwiek większość chodników i schodów jest brukowana. Nawet mając płaskie sportowe buty parę razy wykręciło mi kostkę. A widziałam mieszkanki w szpilkach, bo 24 grudzień to dzień, w którym lokalsi najpiękniej wyszykowani lansują się na mieście. A jak są wzgórki to wiadomo, że i widoki piękne 🙂 tym bardziej, że niedaleko góry Sierra Nevada.

Miasto ma bardzo arabskiego ducha, w końcu było one najdłużej istniejącym islamskim emiratem w Europie, przez 800 lat, do czasu zdobycia go przez katolicką królową Izabelę. Architektura to w większości styl mudejar, mix pomiędzy orientem a gotykiem, charakterystyczny dla miejsc, gdzie niegdyś katolicy bez problemów współmieszkiwali z Arabami.  Restauracje, bazary, sklepiki – wszystko pachnie przyprawami i orientem, jak w Turcji czy Maroku. Dlatego zawsze mnie trochę bawi, jak ludzie mówią, że byli na wakacjach w Hiszpanii, bo każdy region tego kraju jest tak bardzo inny, a już Katalonia, Kraj Baskow czy właśnie Andaluzja są tak różne, jak odrębne kraje. Inna sprawa, że ci ludzie przeważnie mają na myśli Majorkę, Ibizę czy ewentualnie Benidorm.

Jeśli szukacie świątecznej atmosfery, to na pewno nie tam, nie tylko z powodu braku śniegu. Oprócz „zimowej wioski” dla bachorków, ze sztucznymi choinkami i zjeżdżalni, symulującej snieżną górkę, nie było żadnych oznak, że to Boże Narodzenie. Dla mnie – super. Owszem, kilka atrakcji było zamkniętych 25go, ale reszta otwarta, jak co dzień, również sklepy i restauracje. Właśnie w ten dzień, czyli moje urodziny, poszłam na pokaz flamenco. Bardzo, bardzo mi się podobał, naprawdę byłam pod wrażeniem i śpiewu, i tańca, i muzyki gitarowej. Nie było to moje pierwsze spotkanie z flamenco – będąc w Katalonii (gdzie nie cierpią flamenco, a ich tańcem jest sardana) zapłaciłam sporo za profesjonalny pokaz, nie taki pod turystów, w wykonaniu sławnego wtedy tancerza z Andaluzji. W Granadzie, gdzie ponoć flamenco się narodziło, pokazy są na każdym kroku. Warto sprawdzić recenzje, ja polecam Tablao Casa Ana.

Poszłam też na dwugodzinny Sunset Walk z przewodnikiem, po dzielnicach Albaicin i Sacromonte. Można sobie taki spacer zrobić samodzielnie, ale przewodnik ciekawie i z humorem opowiada o historii Granady. W ogóle w obu tych dzielnicach warto się zgubić i połazić bez celu. Albaicin to plątanina wąskich, połączonych z sobą zawiłą siatką uliczek pnących się w górę. Dawno temu, błądząc po podobnym układzie w portugalskiej Alfamie zastanawiałam się, dlaczego tak wąsko i skomplikowanie. Owszem, częściowo powodem jest ukształtowanie terenu, trudno wytyczyć równe, prostopadłe drogi na wzgórzu. Ale to chodziło też o obronę – taki Albaicin był pułapką na wroga. Jak ktoś nieobeznany z uliczkami tam wlazł, to zza węgła znienacka łatwo go było zaatakować, i to z dwóch stron. A z góry się mogł polać gorący olej 🙂 Łatwo też było się tam ukrywać. Na każdym poziomie były ujęcia wody, zamykane na kłódkę, do której klucz miały tylko rodziny mieszkające wokoło. W wodzie żyły żółwie, jeśli pływały, znaczy się wróg nie zdołał wody zatruć. Taki dom w Albaicin miał zazwyczaj ukryty przed wzrokiem przechodnia ogród z fontanną, otoczony symetrycznymi alejkami na arabski sposób.

Nazywa się to „carmen”. Największy taki carmen z najokazalszymi ogrodami zakupił jakiś czas temu katarski książę, za około 20 mln euro. I od tego czasu nigdy w nim nie był, dom jest niezamieszkany. Może dlatego, że nie mógłby pod niego podjechać wypasionym samochodem, a książę raczej po stromych schodkach by się na górę na piechotę nie pchał. Helipadu też się by raczej zainstalować nie dało. Kilka carmen jest otwartych dla turystów i w większości za darmo (z reguły tylko sam ogród) ja byłam w Carmen de la Victoria. Rada – niektórzy widzą zamkniętą furtkę i odchodzą, a wystarczy (w wytyczonych godzinach) nacisnąć dzwonek, by ją otworzyć. Ogólnie architektura islamska charakteryzowała się tym, że na zewnątrz było prosto i bez zbytniego przepychu. Za murami to zupełnie inna historia, a już ogrody są przepiękne. Niektóre z carmen dostępne są na airbnb, jakby się komuś chciało piąć pod górę kilka razy na dzień. Mój przewodnik wspominał, jak jego znajomy kupił nową lodówkę i w kilku wciągali ją mozolnie godzinami do jego mieszkania.

W Albaicin znajdziecie jeden z najbardziej polularnych punktów widokowych (tzw „mirador”) Mirador de St Nicolas. Przeważnie jest tam sporo ludzi, grajkowie z gitarami i inni muzycy, ponoć trzeba uważać na kieszonkowców. Owszem, widok na Alhambrę i góry w tle jest piękny, ale ja bym szła dalej, w kierunku Sacromonte, bo tam i spokojniej jest i widoki jeszcze lepsze. Sacromonte to dzielnica Gitanos, Gypsies czyli społeczności cygańskiej. Wciąż mnóstwo z nich mieszka w okolicy, a przybyli do Granady w XV wieku i jako społeczność marginalizowana, osiedlili się na klifie, w którego miękkiej skale wykuli sobie domy – caves. To tam narodziło się flamenco. Można zwiedzić takie domy w skale, byłam w jednym i kosztowało mnie to 1 euro.

Na pewno Albaicin i Sacromonte to dzielnice, gdzie trzeba iść będąc w Granadzie. Ja jeszcze polecam spacer na Moore Seat, to jest punkt widokowy po drugiej stronie, do którego idzie się mijając Alhambrę po prawej (używałam google maps w telefonie). To zaledwie 45 min od centrum a widać miasto tak, jakby się było daleko. Dużo lokalsów jeździ tam na rowerach i przychodzi na oglądanie zachodu słońca. Idąc czy do Alhambry czy właśnie na ten spacer, albo łażąc bez celu, na pewno każdy natknie się na „iconic river walk” – tak się to nazywa na google map. Ulica nazywa się Carrera del Darro i jest to najchłodniejsza z ulic w Granadzie, między Alhambrą a Albaicin, gdzie po jednej stronie jest Alhambra, po drugiej wysokie budynki, niektóre z XV wieku, a między nimi rzeka. Słońce rzadko tu dochodzi i faktycznie w lecie, gdzie temperatury dochodzą do ponad 40 stopni, może to być oaza.

Po prawej stronie od Alhambry jest sporo atrakcyjnej street art. Po wpisaniu w google Granada street art, znajdziecie dokładne wskazówki, gdzie iść, mnie się udało po prostu natknąć na kilka ulic. Natomiast dla wielbicieli obiektów sakralnych też znajdzie się sporo kościołów i monastyrów. Poszłam do Katedry, która jest przeogromna. Jej budowa zaczęła się w 1523 na polecenie katolickiej królowej Izabelii, na ruinach zburzonego meczetu. Budowa zakończyła się w 1704. Bilet kosztuje 6 euro. Zaraz obok jest wejście na bazar Alcaiceria, tam można poczuć arabski klimat. Kiedyś koło meczetu znajdował się ogromny bazar, który funkcjonował aż do XVIII wieku, kiedy został zniszczony przez pożar. Odbudowano go w mniejszej skali i to właśnie Alcaiceria.

Na prawdziwy „hidden gem” trafiłam dzięki blogom. To Monasterio de la Cartuja, trochę poza ścisłym centrum i może dlatego praktycznie nieodwiedzany. Szłam tam na piechotę koło 40 min, oczywiście są autobusy, ale ja kocham chodzić (dziennie robiłam ponad 17 km). No więc monasterio z zewnątrz wygląda niepozornie, a w środku to „rzyg barokiem”.  Barok to jest czysta przesada ale jak się to ogląda 🙂 W niektóre dni można wejść za darmo – zresztą do wielu obiektów tego typu i muzeów są darmowe wejścia w określonych dniach i godzinach.

Na pewno w kolejne święta się znów gdzieś wybiorę, pewnie też w ciepłe regiony, choć kto wie.

6 uwag do wpisu “Przerwa świąteczna w Granadzie

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.