Dingle i Killarney

W zeszly weekend odwiedzila mnie kolezanka nie tylko blogowa – Dita. Przewaznie spotykamy sie gdzies w Europie, a to w Budapeszcie, a to na Malcie, a to w Langwedocji, tym razem udalo mi sie ja namowic na wizyte w Irlandii do ktorej chyba miala lekki uraz po ostatnim pobycie 6 lat temu. Wtedy, w pazdzierniku, wysmagana bowiem zostala wiatrem i zalana deszczem. Tym razem dzielnie zabrala puchowa oraz przeciwdeszczowa kurtke i odpowiednie wodoodporne obuwie, mimo moich zapewnien ze padac nie bedzie. Bo Wszechswiat mi prosze panstwa nie takie rzeczy zalatwial jak piekna pogode na zyczenie, i mimo ze prognozy glosily 13 stopni ciepla, to bylo ponad 20. Dita spiekla buzke i musiala publicznie odszczekac ze napisala na fejsbuku iz sie wybiera do Hiberni 😉 

Ale od poczatku – kiedy przyjechalam na lotnisko nabralam podejrzen ze w porze podobnej jak moja kolezanka, do Dublina przylatuje jakas mlodociana meska gwiazdeczka – moze nie Bieber ale jakis lokalny lamacz nastoletnich serc. Albowiem sznur odgradzajacy oczekujacych od tych przylatujacych oblezony byl przez malolaty piszczace i trzymajace w rekach przygotowane do robienia zdjec iphony. 

I rzeczywiscie – nagle zza drzwi wychynelo dwoch nieciekawych mlokosow zupelnie mi nieznanych i tlumek rozpiszczal sie jeszcze bardziej. Zaczelo sie robienie selfies i rozdawanie autografow, tudziez blokowanie drogi innym przyjezdnym. Dita pojawila sie jakies 10 minut po nich, i mimo ze napisalam jej w smsie – po wyjsciu idz w lewo, poszla w prawo 😉 Moglam sie byla tego domyslic – wiadomo, kobieta 😉

Wieczor spedzilysmy na piciu malibu, paleniu cygar, glaskaniu kotow i ogladaniu pierdol na you tube. A rankiem wyruszylysmy na dwudniowa wyprawe na polwysep Dingle i do jezior Killarney. 

Na poczatku zastanawialam sie jak to sie dzieje ze po raz pierwszy dojechalam do Dingle w 6 godzin a po raz drugi w 5, a tym razem w 3 godziny i 40 min. A potem stwierdzilam ze teraz mam lepszy samochod, szybciej jezdze, jezdze z kolezanka ktora nie sika co piec minut i nie potrzebuje kawy na kazdej mijanej stacji benzynowej, no i mieszkam jakas godzine blizej. Tajemnica rozwiazana.

Miasteczko Dingle robi sie z roku na rok bardziej turystyczne i mniej malownicze, na szczescie reszta polwyspu jest nadal dzika i pusta. Dingle Town slynie z uroczego delfina Fungi ktory pojawil sie w zatoce w 1983 roku i od tej pory niezmiennie ukazuje sie zachwyconym turystom. Rewelacyjnie opisal go Pete McCarthy w swojej ksiazce Bar McCarthy’ego, ktorego tu juz cytowalam nie raz:

Od pietnastu lat pojawia sie codziennie jak na zawolanie, zeby ciekawscy mogli z nim poplywac i zrobic pare zdjec. Jak na urodzonego na wolnosci delfina jest to zachowanie conajmniej niezwykle, ale jednoczesnie – swietny interes. Nie moge uwolnic sie od uporczywego podejrzenia, ze to jakis facet codziennie wciaga na siebie kostium delfina. Turystyczna hossa zalamie sie, kiedy pewnego dnia oswiadczy ze go polamalo i ma wszystkiego dosc. Jesli mysla perspektywicznie, juz teraz powinni szkolic kogos na zastepstwo. Dzis rano u de Valery spotkalem barczystego holendra, ktory dopytywal sie czy moze zmowic na sniadanie rybe. Moze to on, po cywilnemu.

Z nazwa miasta wiaze sie ciekawa historia ktorej poczatek siega lat 60tych ubieglego wieku. Wtedy to aktywisci irlandzkiego jezyka zaczeli walczyc z angielskimi nazwami miast, zamazujac je na znakach. W roku 1970 rzad ustanowil prawo zakazujace stosowania angielskich nazw w Gaeltacht, czyli terenach wschodnich i poludniowych Irlandii gdzie jezyk i kultura irlandzka sa wciaz kultywowane. Prawo to bylo ignorowane dopoki jakis madry minister nie wydal w 2002 roku dekretu nakazujacego uzywanie wylacznie nazw irlandzkich w Gaeltacht, oraz obu – angielskiej i irlandzkiej w reszcie kraju. Na mocy tego dekretu Dingle ktory mial juz wyrobiona marke na swiecie jako destynacja turystyczna i znany bylo pod swa nazwa od bagatela 750 lat, przestal istniec. Pojawilo sie natomiast nie znane nikomu miasto An Daingean ktorego nazwy nikt poza Irlandczykami nie potrafil nawet wymowic. Wspomne przy okazji ze na promocje marki „Polwysep Dingle – Dingle Peninsula” wydano wczesniej miliony. Jak widac idioci na wysokich stolkach sa w kazdym kraju. Wreszcie w 2006 roku, po roznych akcjach, utarczkach i odezwach, zorganizowano plebiscyt dla mieszkancow Dingle – o przepraszam, An Dangaean, by zdecydowali sami czy chca pozostac przy irlandzkiej nazwie czy tez wola przywrocic dwujezyczna: Dingle An Daingean. Uprawnionych do glosowania bylo 1224 osoby, 1095 wzielo udzial. 1005 glosowalo za nazwa dwujezyczna.

Oczywiscie wykupilysmy bilety na godzinny rejs majacy na celu zobaczenie delfina i owszem, pokazal sie ale jakos niemrawie. Bo pewnie i staruszek juz i mu sie nie chce popisywac, a moze mial humory. Ale coz, to nie delfinarium ani cyrk, a poza tym sam rejs jest ciekawy i tak naprawde bardziej ekscytowalam sie srebrzystymi falami i szumem fal niz pletwa delfina wystajaca gdzieniegdzie z wody.

Potem przeszlysmy troche po miasteczku i zauwazylam ze wiele sklepow ktore pamietalam wciaz istnieje w niezmienionym stanie, np smierdzacy serem sklep z serami (oczywiscie) oraz sklepik z pamiatkami ktory wciaz sprzedaje takie same witrazyki jaki i sama kupilam 6 lat temu.

Wreszcie ruszylysmy na objazd polwyspu podziwiajac widoki. Na niebie chmury ukladaly sie w przedziwne konstelacje i im blizej do zachodu slonca tym bardziej robillo sie nie czerwono a srebrzyscie. Jest takie miejce na Slea Head gdzie wciaz przesiaduja mewy i zebrza o jedzenie – znow deja vue. 

Wreszcie zaczela zblizac sie godzina by cos zjesc ale i znalezc B&B. Natrafilysmy na jakis 5 gwiazdkowy przybytek w ktorym bezszelestnie poruszali sie zamozni emeryci w kremowych spodniach w kantke, jasnych kardiganach i z perlami na szyi (panie) i stwierdzilysmy ze nie… za to spodobal nam sie swojsko wygladajacy mini hotelik z barem An Bothar doslownie in the middle of nowhere, ktory nazwalam oberza na pustkowiu. Jedzenie bylo zjadliwe, Guiness i baileys coffee super, do tego dostalysmy ogromny 4osobowy pokoj z widokiem na ocean ale i na pole z krowami i owcami. Oprocz nas jedynymi goscmi byla szostka dziarskich szwedzkich emerytow ktorzy uprawiali walking z kijkami. Okolo dziewiatej w barze pojawil sie grajek z harmonijka wygladajacy jak brat blizniak Marka Siudyma  😉 

Z rana, po naprawde dobrym sniadanku, wyruszylymy na Conor Pass czyli przelecz przebiegajaca przez srodek Dingle, tam nigdy wczesniej nie bylam. Znow piekne widoki i kilka polodowcowych jezior. Mialysmy tez okazje zobaczyc najbrzydszy dom na plw Dingle ktory odnalazlam tu. Dotarlysmy na Brandon Point z ktorego rozciaga sie – a jakze – piekny widok. Ale skad na Dingle sie nie rozciaga 😉 

Pozniej zachcialo sie nam plazy wiec zjechalysmy na absolutnie pusta i dluga piaszczysta plaze gdzies po drodze. Bylysmy jedynymi i pierwszymi osobami po odplywie co widac bylo po braku sladow. A w drodze do Killarnej zatrzymalysmy sie w sliczym i kolorowym miasteczku Cloghane, a dokladnie w uroczym barze O’Donnells na baileys coffee. 

W Parku Narodowym Killarney celem bylo miesce zwane Ladies View, a to dlatego ze podziwiala go sama krolowa Viktoria podczas odwiedzin w roku 1861. Ale wczesniej zatrzymalysmy sie przy drogowskazie na stare mosty przy The Meeting of the Waters. Woda w jeziorze byla turkusowa jak ta na Malcie. Poszlysmy na okolo godzinny spacerek do miejsca gdzie pieknie widac oba mosty oraz gdzie spotykaja sie wody dwoch jezior. 

Po przejechaniu przez Molly’s Gap obiadowalysmy w Kenmare by w koncu ruszyc w z powrotem do domu.

Szkoda ze Dita byla tak krotko ale co zrobic. Moze przynajmniej przekonala sie ze tu nie jest zimno i deszczowo a niebo jest najpiekniejsze na swiecie 🙂

Szukajac Fungi

 W tym roku zobaczylysmy pletwe wiec przypominam zdjecie z 2011 roku zrobione przez moja kolezanke 

 Poszarpane brzegi polwyspu Dingle

 …jak widac takie same od roku 2011, mojej poprzedniej wyprawy

°

i od 2009 roku, mojego pierwszego pobytu.

 Niesamowite chmury nad oceanem

Mewy byla, sa i beda w tym samym miejscu, kolo rzeby ukrzyzowanego Jezusa

Brandon Point

Przepiekna, pusta plaza

…i nasze slady na piasku 🙂

Znow mewy

…i typowy irlandzki korek 😉

Uroczy pub O Donnell’s 

…serwujacy swietna Bailey’s coffee

Meeting of the Waters

 Taka turkusowa woda byla w jeziorze.

Ladies View

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.