Lisbon Story part I

Uwielbiam ten moment kiedy samolot laduje na lotnisku i po chwili znajduje sie w zupelnie innym kraju w ktorym nigdy wczesniej nie bylam. A jeszcze bardziej kocham kiedy po zameldowaniu sie w hotelu wyruszam w miasto, ulicami ktorych nie znam, oswajajac okolice. 

Mieszkalam przy Rua das Portas de Santo Antao, w budynku ktory liczy sobie ponad 250 lat i jak na takiego staruszka jest bardzo dobrze utrzymany i zreszta jest regularnie odnawiany. Moj pokoj wygladal jak nowo pomalowany i urzadzony a lazienka jak dopiero co okafelkowana. Bardzo bardzo czysto i cicho, mimo tego ze balkon wychodzil na ulice. Ale moze tez bylo mniej gwarno w swieta niz kiedy indziej.

Po lekkim odswiezeniu sie zeszlam na dol i spytalam tylko ktoredy do rzeki, zeby miec jakies pojecie kierunku. Jak sie zdazylam od razu zorientowac ulica owa slynie z niezliczonej ilosci restauracji ktore sa doslownie jedna przy drugiej. Moze z powodu konkurencji stoja przed nimi – jak ich nazywam – naganiacze, ktorzy chca przechodnia doslownie zwabic czy wrecz wciagnac do srodka. Doswiadczylam podobnej formy reklamy juz na wyspach greckich i nigdy mi sie to nie podobalo, na mnie takie zachowanie wplywa wrecz odstreczajaco i do takiego miejsca z przekory nie ide. Na szczescie tylko na tej wlasnie ulicy kwitly tego typu praktyki, gdzie indziej juz nie.

Ulica prowadzi do jednego z wiekszych placow w dzielnicy Baixa – Rossio. W hitorii bylo to miejsce walk bykow, festiwali, parad i palenia heretykow w czasach inkwizycji, teraz to po prostu pieknie oswietlony noca skwer otoczony sklepami i kawiarniami. Widac juz stamtad winde Santa Justa – tez ladnie iluminowana – ktora mozna wjechac na gore za barbarzynska kwote 5 e i podziwiac Lizbone z lotu ptaka. Z Rossio jakos tak naturalnie same nogi niosa do Rua Augusta na ktorej koncu znajduje sie luk triumfalny a za nim juz ogromny Praca do Comercio i rzeka Tag.

Powinnam wspomniec ze ulice sa  brukowane a kostka wyglada noca jak swiezo wypolerowana albo polana woda, niestety znow jak w Pradze nie jest to miejsce dla pan na szpilkach 😉

To bylo tyle jak na moj pierwszy krotki spacer po przyjezdzie, wracajac znalazlam rewelacyjny sklep z bielizna i kupilam mnostwo czerwonych rzeczy w ktorych potem zrobilam sobie sesje zdjeciowa i poslalam mailem do C., znalazlam tez supermarket zawalony winem i tylko winem, z ktorych najdrozsze kosztowalo 2.85 € (jakas Reserva z 2005).

A reszta wieczoru to juz rozmowy na fejsbuku, picie i palenie urodzinowego cygara na balkonie. Poogladalam  troche portugalskiej telewzji, nasluchalam sie tych wszystkich rzau , szau, proszau i przysiegam, bylo tez dupau 😉 a potem odkrylam ze obcojezyczne filmy sa puszczane w oryginale z napisami co mi sie bardzo spodobalo!

Ranek dnia nastepnego to po prostu bajka. Otworzylam slepka okolo dziesiatej – za pozno na sniadanie – ale jakie SLONCE za oknem!!! Wreszcie moglam dokladnie zobaczyc co widac z mojego balkonu, a oprocz owej dluuugiej ulicy widac bylo wzgorze pokryte domkami i palmy w ogrodkach. Podczas prysznica zorientowalam sie ze nie wzielam z domu suszarki i stwierdzialam ze FUCK THAT, nie bede nic robic z wlosami, wyjde z mokrymi i niech sobie schna (potem sie zorientowalam ze suszarke mozna pozyczyc na recepcji ale tak polubilam moj nowy look au naturelle ze nie korzystalam )

Ponownie,tym razem za dnia, wyszlam na te sama ulice, na szczescie bez restauracyjnych naganiaczy bo za wczesnie bylo, i upajajac sie pogoda poszlam w kierunku Rossio. Oczywiscie wyjechalam winda na gore, a jakze. Widoki piekne, niebo blekitne, lekki wiatr, siedemnascie stopni ciepla, naprawde czulam sie jakbym ta winda wjechala do nieba jak w przeboju 2 + 1 (mlodsze czytelniczki moga nie znac).

A potem prosto na Praca Comercio ktory dopiero w blasku dnia wyglada zaiste imponujaco – stojac tam mozna poczuc jaka potega byla kiedys Portugalia w czasach wielkich geograficznych odkryc czyli jej zlotego wieku. A stamtad juz tylko krok do ALfamy, starej dzielnicy waskich uliczek i niezliczonych schodkow do ktorej wchodzi sie jak do innej Lizbony. Prawie pusto a jednak wciaz slychac glosy kobiet ktore rozmawiaja z sasiadkami nie wychodzac z domu, przy takich ciasnych ulicach to pewnie sobie moga pozyczac sol przez okno. Malowniczo, kolorowo, wciaz gdzies przez brame widac lazur rzeki, ciagle gdzies sie czlowiek napatacza na interesujacy architektoniczny szczegolik, albo na piekne dekoracje azulejos. Wg przewodnika latwo sie zgubic i najlepiej sie trzymac torow tramwajowych, ale ja po calym dniu popierniczania po tych schodkach i uliczkach po ciemku trafie do Se, luku Jezusa czy do Miradour – Alfama jest mala i szybko sie mozna zorientowac gdzie co jest.

Se czyli Sedes Episcopalis powstal juz w 1150 roku ale zostal powaznie zniszczony w XIII w i wreszcie ostatecznie podczas wielkiego trzesienia ziemi w 1755, potem odrestaurowany. Rosna przy nim piekne drzewka pomaranczowe ktore mialy owoce – w grudniu 🙂 Miradour de Santa Luzia to  jeszcze piekniejszy obiekt bo otoczony tarasem z ktorego rozciagaja sie cudowne widoki na Alfame a turystom przygrywa pan na gitarze. Tam wlasnie wpuscilam sie w labirynt ulic, doslownie zagladajac ludziom w okna. Bylam oczarowana Alfama choc jednoczesnie widac tam bardzo biede mieszkancow, i te stare babcie o laskach wolno pnace sie pod gore, i to wszechobecne pranie na budynkach, i brudno jest… Mimo to atmosfera jest niesamowita.

Waznym punktem gorujacym nad cala dzielnica jest Zamek Sw Jerzego otoczony przyjemnymi sklepikami z pamiatkami. Niestety i on ucierpial podczas wspomnianego trzesienia ziemi i obecne „sredniowieczne” mury tak naprawde odbudowano ze zniszczen w 1938r.

Wylazlam stamtad wieczorem jak sie juz sciemnialo, wypiwszy na pozegnanie karafke bialego wina w barze. Poszlam w kierunku dzielnicy Mouraria bo wydawalo mi sie ze to bedzie fajny shortcut do Baixa, ale Mouraria to bardzo podejrzanie wygladajaca okolica pelna czarnoskorych mieszkancow i dosc zulowata. Spytalam w koncu jakiegos takiego zulika jak mam wrocic do Alfamy bo nie chcialam sie mimo wszystko sama wglebiac w te zaulki, i zulik mi odpowiedzial najczystsza angielszczyzna…i jaki mily byl, i zyczyl mi wesolych swiat 🙂

Do Alfamy ponownie wrocilam w ostatni dzien, tuz przed wylotem, glownie po to by jeszcze raz powloczyc sie i spalac kalorie (tylek mnie do tej pory boli po tych schodach) ale tez na obiad ktoru okazal sie nieprzyjemnym doswiadczeniem, ale do tego to jeszcze wroce. I za tym drugim razem wyrazniej zobaczylam grafitti na budynkach, odpadajacy tynk, smieci, i pomyslalam jaka jest przyszlosc takich dzielnic? W Pradze mieszkancow Zlotej Uliczki przeniesiono gdzie indziej, uliczke wychuchano, odmalowano, sa tam teraz sklepiki i galerie. Pewnie ze jakby to zrobiono z Afama to juz by nie bylo tak prawdziwie i autentycznie, ale czy bieda i brak funduszy na renowacje nie przeksztalci tego miejsca w slumsy? Szkoda by bylo. 

PS Tak dla wyjasnienia napisze czemu nie spotkalam sie z moim znajomym ktory mnie mial odebrac z lotniska: bo wyslal mi wiadomosc ze moze on w takim razie sie zatrzyma w Lizbonie na noc i rano pojdziemy zwiedzac razem…daj komus palec to wezmie ci cala reke. Nie mialam ochoty czuc sie zobligowana do spedzania z kims czasu skoro chcialam byc sama, wiec napisalam ze zmienialam plany.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.