Coroczna wyprawa na farmę Dorothy do Północnej Irlandii nie obyła się bez problemów. Na dzień przed wyjazdem popsuł mi się samochód – sprzęgło. Pewnie moja wina, bo mam zły nawyk trzymania stopy na sprzęgle cały czas i serio muszę z tym skończyć. Łapa na podłogę – będę teraz na to zwracać uwagę. W każdym razie dojechałam do mechanika, doszłam do domu ale co dalej. Jedna z koleżanek, która z nami miała jechać, ma samochód, ale z powodu pracy mogła do nas dołączyć dopiero kolejnego dnia. Przynajmniej z odwozem i jeżdżeniem po okolicy nie było kłopotu. Znajomy zaproponował mi własny samochód, ale ja nie lubię prowadzić cudzych pojazdów. Na szczęście farma nie jest na aż takim odludziu – do Belfastu pojechałam z Dublina pociągiem (na dworzec podrzucił mnie tenże znajomy), tam spotkałam się z Kat vel Ditą, która przyleciała z Liverpoolu. Wzięłyśmy autobus do miasteczka Dungannon a potem zakupy w Tesco i taxi na farmę. Taksówkarz był trochę wystraszony, że mu każemy jechać na jakieś odludzie przez knieje, tym bardziej, że jego nawigacja mówiła skręć w lewo a ja: w prawo, w prawo. Ulżyło mu, kiedy dojechaliśmy na miejsce i nawet nas uściskał z tej radości.
Ale wracając do pociągu – pierwszy raz w życiu irlandzki pociąg. Bilet normalny kosztował 17.50, I klasa 33 euro, więc wybrałam pierwszą. W przedziale było tylko kilka osób, kelnerzy roznosili wodę i można było zamówić jedzenie do stolika. Widziałam, że wyglądało dobrze. Klima, wi fi i ogólnie bardzo przyjemnie i wygodnie, a widoki z okien bardzo ładne. Trasa z Dublina do Belfastu trwa 2 godziny i 10 minut. Rozkoszując się nowym doświadczeniem 😉 przeglądałam telefon i ktoś na grupowym czacie dla mieszkańców naszego budynku napisał: parking taki pusty, czy wszyscy są w Lidlu? No proszę, przegapiłam uroczyste otwarcie nowego Lidla, było przecięcie wstęgi i jakieś występy, a ludzie stali od 6.30 rano żeby dostać vouchery dla pierwszych klientów. Podśmiechuję się, ale to jest big deal dla naszego miasteczka (niewiele ponad 2.5 tys mieszkańców) bo odkąd pamiętam, społeczność walczyła o supermarket, nawet jest grupa na fejsbuku i sama jakieś petycje podpisywałam. W Polsce się walczyło o zakaz stawiania takich sklepów, żeby nie zabijać lokalnych biznesów, a u nas odwrotnie. Mamy tu trzy całkiem spore sklepy, między innymi bardzo dobrze zaopatrzone Supervalu, ale mimo to na duże zakupy każdy jeździł do pobliskiego Carlow. Kiedy koleżanka mnie odwiozła, podjechałyśmy do nowiutkiego Lidla, tak wypucowanego że aż światłość wiekuista biła. Dziś podeszłam do Supervalu po sałatę i puchy, aż echo się niosło. Przypomniało mi to trochę film Mam wiadomość, kiedy malutka księgarenka bohaterki opustoszała, gdy za rogiem otworzył się gigant. Ale myślę, że sytuacja się unormuje i że każdy sklep będzie mieć klienta.
Mieliśmy w Irladii heatwave, więc przez pierwsze dwa był gorąco i spaliłam sobie nos, to znaczy słońce mi spaliło. Znów nauczka – trzeba mieć taki daszek z papieru 🙂 Potem ciut popadało, ale ogólnie pogoda była świetna i spędzałyśmy w balii – bo tak nazywamy outdoor hottub – długie godziny aż do północy. Odwiedziłyśmy kilka interesujących miejsc, o których napiszę, ale clue wyjazdu okazały się charity shops w Dungannon, szczególnie jeden o nazwie Marie Curie. Wszystkie trzy lubimy takie sklepy, choć są lepsze i gorsze i czasem ciężko znaleźć tam coś, co nie jest mocno zużyte albo z jakimiś wadami, albo po prostu brzydkie i duże. A buty zawsze są rozczłapane i ze zdartymi obcasami. Tymczasem tam wszystko jak nowe i prawie jak w zwykłym sklepie, tylko po kilka funtów. Kupiłam dwie pary butów które wyglądały jak nigdy nie noszone i kurtkę, koleżanki też coś znalazły. Sklepy fundacji Marie Curie są w wielu miastach w UK więc na pewno będę ich szukać, gdziekolwiek pojadę. W miasteczku jest teź drogi butik The Snotty Fox, bardzo interesująca kolekcja ale w stylu matka panny młodej, nic dla nas. A jakby ktoś tamtędy przejeżdżał, to polecam też lody w Mackles Ice Creams.