Londyn ponownie

Kolejna wizyta w Londynie. Ponownie zatrzymałam się w mojej ulubionej miejscówce Widegate Residential w City of London. Pamiętam, że już kilka razy wyjaśniałam na blogu, że City of London i Londyn to są dwie różne rzeczy, ale dopiero teraz zagłebiłam się w szczegóły, a konkretnie unikalny status tej okolicy. Square Mile – bo tak też można ją nazywać, od rozmiaru – posiada odrębność administracyjną, własną policję, historyczne przywilejne i unikalne zarządzanie. Na czele City stoi Lord Mayor of London, wybierany corocznie i reprezentujący interesy sektora finansowego (nie mylić z Burmistrzem Londynu, który zarządza całym miastem). Król (a wcześniej królowa) chcąc odwiedzić City, musi uzyskać zgodę Lorda Mayora. Tradycyjnie zatrzymuje się przy granicy tej mini enklawy, gdzie jest symbolicznie witany, uzyskując zgodę na wjazd – to jest oczywiście tylko zwyczaj. Jeśli chodzi o wybory, to nie głosują tylko mieszkańcy, ale również firmy i korporacje tam zarejestrowane. Te przywileje sięgają czasów rzymskich, zostały potwierdzone w słynnej Magna Karta (Karcie Swobód) i podczas reformy administracyjnej Wielkiej Brytanii, City of London zostało wyłączone z nowo powstałego hrabstwa Londyn, zachowując swoją odrębność do dziś.

Uwielbiam City of London za architekturę, bo perfekcyjnie łączy stare z nowym. Futurystyczne wieżowce wyrastają nad budynkami i kościołami z dawnych wieków, tworząc fascynującą mieszankę stylów. Dlatego nie podobało mi się w Dubaju, bo dla moich oczu nowoczesność i high tech komponuje się dobrze tylko jako dodatek do historycznej tkanki miasta. W City się ciągle coś buduje i dobudowuje. Najbardziej charakterystyczne wieżowce to jednak wciaż spiczasty Shard, Gherkin (Ogórek) i Walkie Talkie, gdzie znajduje się platforma widokowa Sky Garden. Przyglądając się (ze Sky Garden zresztą) Canary Wharf, spostrzegłam budynek wyglądający jak butelka wody toaletowej. Ale najbardziej urzekł mnie Lloyd Building w City, na którego sie najpewniej natknęłam wiele razy, ale dopiero teraz do mnie „przemówił”. Siedziba towarzystwa ubezpieczeniowego wygląda tak, jakby ją wywrócono na lewą stronę i taki też jest jej nickname: Inside-Out. Windy, rury, schody przeciwpożarowe i klimatyzatory są na zewnątrz elewacji, co pozwala na lepsze zagospodarowanie przestrzeni w środku. Niestety, do środka wejść od tak nie można, ale przy okazji researchu zalazłam informację o wydarzeniu Open House London, podczas którego niektóre normalnie niedostępne miejsca są otwarte dla zwiedzających. Więc kto wie, może we wrześniu zobaczycie tu sprawozdanie z wnętrza.

Odwiedziłam ulubione miejsca, wśród których znajdują się aż 3 kościoły – jak na osobę niewierzącą to sporo 🙂 Na pierwszy ogień poszedł All Hallows przy Tower of London, o którym pisałam TU. Przemiła pani tam urzędująca opowiedziała mi trochę o rzeczach, o których już wiedziałam, ale ja bardzo lubię się wdawać w pogawędki ze starszymi osobami. Rzecz jasna następny w kolejce był St Dunstan in the East, gdzie wyjątkowo nie było żadnych influencerów. Za to byli robotnicy w pomarańczowych kamizelkach, zapewne z pobliskiej budowy, na przerwie na lunch. To miejsce jest takie ciche, refleksyjne, niby centrum miasta a jakby poza czasem. Wreszcie obowiązkowo St Magnus czyli święty wiking, który dostał kasę (zawsze tam zostawiam darowiznę) ale też otrzymał zadania do spełnienia, wiadomo, za darmo nic nie ma. Całkiem przypadkiem zaszłam też do wcześniej nie zauważonego kościoła St Olave Church, który przetrwał wielki pożar w 1666 roku. W środku były wyłożone owoce i batoniki. Nikogo nie było, do teraz nie wiem, czy to było na jakiś wieczorny event, czy dla biednych. Po podobno tradycja zostawiania jedzenia dla biednych była długo kontynuowana w londyńskich kościołach. Spacerując po City przystanęłam przy wejściu do innego kościoła i nie miałam zamiaru wchodzić, ale mężczyzna w środku zaczął tak entuzjastycznie machać i zachęcać, że weszłam. No przecież żaden seryjny morderca by chyba w kościele się nie czaił.

Pan, a właściwie dwóch, okazało się członkami organizacji charytatywnej, o której nie wiedziałam, mianowicie The Friends of The City Churches (FCC). Jej misją jest ochrona ochrona dziedzictwa architektonicznego kościołów w City of London oraz dbanie o to, by pozostawały one otwarte i dostępne dla zwiedzających. Wolontariusze zwani watchers dyżurują w kościołach w dni powszednie, witając turystów i umożliwiając im wejście do środka. Mają ogromną wiedzę i pasję i naprawdę jestem pełna podziwu dla takich ludzi i stowarzyszeń. Niektóre kościoły wciąż działają, tzn są tam msze, ale są też takie, gdzie tylko odbywają się koncerty, pogadanki, czytania bibli itp. I to wszystko w otoczeniu ogromnej finansjery, siedzib firm prawniczych, banków i korporacji, gdzie budynki typu high tech strzelają w niebo. A między nimi malutkie kościółki, wtopione w to wszystko, jakby nigdy nic. Były, są i będą, niewzruszenie. Z nagrobnymi płytami na podłogach, z zapachem świec, organami. Urocze.

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.