Świąteczne filmy część druga – nie samym paździerzem człowiek żyje :)

Sięgnęłam do klasyki, czyli zobaczonego wieki temu filmu „Family Stone”. Pamiętałam, że nie bardzo mi się kiedyś podobał i podtrzymuję tę opinię. Co prawda, jest tu plejada gwiazd, a nie jakieś hallmarkowe drewna. Diane Keaton, Sarah Jessica Parker, Clare Danes itd. Jako produkcja na pewno jest to 8 bąbek, ale nie jestem przekonana co do treści i przekazu. Nie będę specjalnie spojlerować, ale mamy tu dość dziwną sytuację. Otóż jest ogromna rodzina z dorosłymi już dziećmi, taka, do której się ciężko wepchnąć jako osoba spoza. Nikt nie jest wystarczająco dobry dla syna/brata. A na pewno nie sztywna i pozbawiona poczucia humora paniusia z miasta, którą na święta przywozi jeden z synów.

Szczerze mówiąc, nie wiem, jakim cudem ta para się komukolwiek mogła wydawać na dobrze dobraną, nawet samym sobie. Rodzinka jest oceniająca i nieprzyjazna. Przez cały film mamy ciąg nietaktownych zachowań kobiety i jej coraz większy stres, a także coraz silniejszą wrogość rodziny. Ale to jest komedia, nie horror 😉 nikt jej nie zaszlachtuje nożem do indyka. Za to przyjedzie jej siostra w ramach supportu i wtedy w ogóle się zrobi dziwnie, bo dwaj bracia dosłownie wymienią się siostrami. Nie wiem, co się tam porobiło i cała koncepcja jest co najmniej nie na miejscu. Ani mi się ten film nie wydał śmieszny, ani romantyczny, ani specjalnie świąteczny. Tylko z powodu jakości jako produktu, daję 4 bąbki.

A teraz film, który w 2023 został obsypany nominacjami do przeróżnych nagród, w tym Globów i Oskarów, trochę ich też zgarnął, czyli „The Holdovers”. Zobaczcie koniecznie na Netflixie, bo naprawdę warto. Akcja toczy się w latach 70tych i film faktycznie wygląda, jakby był wtedy kręcony. Mamy męską szkołe w Anglii, gdzie nielubiany przez wszystkich nauczyciel wbrew własnej woli zostaje opiekunem kilkoro wychowanków, którzy zostali tam na święta. Koniec końców, tylko z jednym, oraz z czarnoskórą kucharką, której syn zginął w Wietnamie. To jest bardzo intymny film, bo cała akcja w zasadzie toczy się wyłącznie w tym gronie. Ale tu mamy pokaz aktorstwa. Paul Giamatti jest idealny, a partneruje mu bez kompleksów, choć w debiutanckiej roli, Dominic Sessa. Każdy z bohaterów nosi w sobie ból, ale empatia i zrozumienie drugiego człowieka potrafi uleczyć samotność. Trochę się pośmiejemy, trochę się łezka w oku zakręci, trochę się zadumamy nad życiem. Naprawdę piękna historia i moja ocena to 10 bąbek.

Dominic Sessa tak mi się spodobał, że od razu poszukałam, w czym jeszcze zagrał i proszę, w świątecznej premierze na Amazon Prime pt „Oh what fun”. Kradnie każdą scenę. Widzę w przyszłości Globy, Oscary i inne nagrody, nie za ten film oczywiście. Napaliłam się, bo występuje w nim Michelle Pfeiffer, Felicity Jones, Denis Leary i kilka innych znajomych twarzy. Myślałam, że będzie jakiś hit na miarę The Holiday, klasyk do oglądania w każde święta. Ale nie.

To znaczy – źle nie było. Dla samej pięknej Michelle warto zobaczyć. Gra matkę trójki dorosłych już dzieci (córka sama już ma dwójkę) która stara się zawsze przygotować idealne święta dla wszystkich. Ma nadzieję, że zostanie to docenione i że rodzina nominuje ją jako best holiday mum czy coś w tym stylu (najbardziej zarobiona kura domowa) do popularnego show. Ale rodzinka nie tylko zapomina o tym, ale też w zamieszaniu zapomina zabrać ją z sobą na przedstawienie w wieczór wigilijny. Miarka się przebrała i kobieta postanawia po prostu pojechać w siną dal.

Powiem tak – był potencjał, wg mnie zmarnowany troszkę. Zakończenie mocno przewidywalne. Chciałam, żeby Michelle zaszalała bardziej no ale… w końcu mama i babcia może co najwyżej napić się drinka z innymi kobietami i ponarzekać na swój los. Oceniam na 6 bąbek.

Na koniec sięgam dna czyli Netflix i „My secret santa”, z aktorką znaną z serialu Virgin River. Ktoś się zainspirował Panią Doubtfire. Ale od początku. Zaczyna się od kilku klisz razem pospajanych. Blondyna (są loki) samotna matka rezolutnej córki (a jakże) przed samymi świętami zostaje zwolniona z pracy. Jak ktoś ma doświadczenie z amerykańskim rynkiem pracy, to czy faktycznie zwalnia się człowieka od tak, na korytarzu? Nie ma wypowiedzenia ani nic? Do tego – klisza – rezolutna córka akurat dostaje się do jakiejś szkoły snowboardowej, gdzie opłaty są nieziemskie. Jest jednak loophole, bo dzieci pracowników resortu, gdzie ta szkoła jest (to taki hotel, szkółka, stok itp) dostają się za połowę ceny. Więc nic, tylko trzeba się tam zatrudnić.

W międzyczasie blondyna wpada na przystojniaka, który okaże się być synem utracjuszem właściciela kurortu. Pan ma koło 50tki ale nigdy nie pracował (red flag). Z podrywu blondyny nic nie wychodzi, za to blondyna pojawia się w hotelu by szukać pracy. Praca co prawda jest, ale św Mikołaja. I tu na scenę wkracza brat gej i jego facet (muszą być uroczy geje) którzy tworzą dla blondyny fat suit i sztuczną twarz staruszka. Znów prawo pracy okazuje się być niezwykle dziurawe w Stanach, bo kobieta pod fałszywym nazwiskiem jako starszy facet zostaje zatrudniona. Trochę więc kłusuje z córką po stokach, trochę jest Mikołajem. W obu tych wersjach zaprzyjaźnia się z synem utracjuszem, co jest conajmniej dziwne. Mamy tu motyw jak z przedwojennego filmu Czy Lucyna to dziewczyna. Syn utracjusz dostaje zresztą szansę od ojca na poprowadzenie interesu.

Pod koniec mamy żywcem zerżnięta z Pani Doubtfire scenę, w której nasza blondyna bierze udział w imprezie, gdzie musi być jako Mikołaj i jako ona sama (jako plus one syna utracjusza, bo a jakże, spikną się) więc gania do łazienki pod byle pozorem by się przebierać. Nie wiem, może to kogoś bawi (dzieci oglądające film?) mnie nie. Ach, no jeszcze nasza blondie była kiedyś w jakimś zespole rockowym, więc na końcu tego galimatiasu, kiedy jej tożsamość wreszcie zostaje wyjaśniona, śpiewa na hotelowej imprezie (gdzie jest ze 20 widzów, chyba nie było budżetu ani na starystów, ani CGI). ZERO bąbek a właściwie minus dwie.

Nie mam zamiaru więcej katować się świątecznymi filmami, ale jeśli jeszcze nie widzieliście, to polecam (od lat) rewelacyjny serial norweski „Home for Christmas” na Netflix. Niespodziwanie już niedługo pokaże się trzeci sezon. WARTO 🙂

2 uwagi do wpisu “Świąteczne filmy część druga – nie samym paździerzem człowiek żyje :)

  1. „Familie Stone” ogladalam wieki temu i mi sie odezwalo echo traumy po pierwszych swiatach spedzonych kilka lat wczesniej z moim exex-em, moglabym napisac scenaruiusz i bylby rownie frustrujacy film.

    „Oh what fun” obejrzalam i to nawet z H., ktory swiatecznych filmow nie lubi, z nielicznycmi wyjatkami (Love Actually, Holiday i serie z Johanne) i wnioski mielismy takie: H.. ja bym w koncu odetchnal z ulga i sie mega ucieszyl, ze pojechali beze mnie, ja: Kevin, ktorego zostawili jako dzieciaka samego w domu byl bardziej ogarniety, a doroslam kobita, zamias wsiasc w auto (przyz jakis czas myslalam, ze zostala bez) i dojechac, wpada w histarie. I obraza sie na cala roine, za to, ze sie zaharowuje, czego nikt kompletnie od niej nie wymaga i nie oczekuje. Nie jarze.

    No a wczoraj wlasnie obejrzelismy 3-ci sezon z Johanne i choc kontenty;) juz ograne i sie powtarzajace, to jest to serial sympatyczny, uroczy i puchaty, jak snieg w tym miasteczku (i samo miasteczko) i mam nadal straszna ochote (od jednej w pierwszych scen w pierwszym sezonie) przejechac sie takimi sanko-nie wiem-jak to nazwac-czyms po sniegu:)

    Obejrzalam jeszcze inny norweski miniserial (tytul oryginalny Julestorm),z wieloma tymi samymi aktorami. Taki Love Actually po skandynawsku i dzieje sie glownie na lotnisku:)

    Polubione przez 1 osoba

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.