Co nowego w Londynie?

Kolejna wizyta w Londynie – dwa dni, jedna noc – gdzie, nie wiedzieć czemu, czuję się jak w domu (choć nie powinnam, biorąc pod uwagę moje irlandzkie obywatelstwo, które jednak zobowiązuje do lekkiego focha na byłego opresora 😉).

Tym razem znów zatrzymałam się w okolicach Liverpool Street Station, ale w innej niż zwykle miejscówce. Nie polecam, więc nie linkuję. Następnym razem wracam na stare, sprawdzone śmieci – Widegate Residential. Nie było tragicznie, tak 7/10, ale człowiek przywykł już do jakiegoś standardu. A swoją drogą – ceny noclegów w Londynie bardzo spadły. Za sobotnią noc (a przypominam, że był to irlandzki Bank Holiday Weekend, więc powinno być drożej) zapłaciłam 109 funtów i naprawdę – było sporo miejsc w podobnej cenie.

Dla porównania: pod koniec września wybieram się w czwartek na „Makbeta” do teatru w Dublinie. Musiałam więc zarezerwować coś na noc – tym bardziej, że następnego dnia mam tzw. office day (czyli jedyny dzień w miesiącu, kiedy spotykamy się z zespołem w wynajętym biurze). Ceny? Między 170 a 300 euro. Za bardzo przeciętne miejscówki, i to niekoniecznie w ścisłym centrum. I wcale nie było w czym przebierać.

TIP dla Was: jeśli szukacie noclegu, a ceny lecą w kosmos, sprawdźcie Trivago. Czasem hotele mają umowy z różnymi firmami oferującymi niższe ceny, których oficjalnie nie powinny wystawiać publicznie – ale „wyciekają” one na Trivago i można trafić niezły deal. Ja ostatecznie zapłaciłam 111 euro za hotel w samym centrum Dublina, który na swojej stronie (i na Booking.com) wołał za ten sam pokój 200 euro. Tak więc: w Dublinie nadal popyt przewyższa podaż, a w Londynie – odwrotnie.

Wracając do Londynu: zrobiłam codziennie ponad 28 000 kroków, bo uwielbiam chodzić wszędzie na piechotę (choć dwa razy wskoczyłam do metra). Tradycyjnie przespacerowałam się od Tower Bridge do Westminster Abbey wzdłuż południowego brzegu Tamizy, odwiedziłam sklepiki i markety w Spitalfields i Brick Lane, zahaczyłam o kościół św. Magnusa oraz ruiny St. Dunstan-in-the-East. Ale gwoździem programu był teatr i MOCO Museum.

Chciałam też w końcu zaliczyć Horizon 22 – dość nowa atrakcja, otwarta pod koniec 2023 roku. To wysoki biurowiec z platformą widokową na 56. piętrze. Wstęp darmowy, ale trzeba wcześniej zarezerwować wejściówkę online. Za każdym razem, gdy byłam w Londynie, próbowałam – i zawsze „fully booked”. Tym razem, idąc do St Dunstan, przechodziłam obok i zauważyłam na dużej tablicy informacyjnej, że za godzinę są dostępne miejsca – wystarczyło zeskanować kod QR i pyk – rezerwacja gotowa. Pan na wejściu powiedział mi potem, że codziennie mają tzw. walk-in tickets, więc TIP: warto sprawdzać na miejscu, nawet jeśli online pokazuje brak biletów.

Sztuka teatralna: „The Comedy About Spies” – humor rodem z „Nagiej Broni”, sporo gier słownych, absurdalnych scen i niezłego tempa. Mam wielki szacunek dla aktorów grających w takich komediach – ile energii, ile zapamiętanych dialogów i choreografii! Sama nie wiem, czy dałabym radę to robić kilka razy w tygodniu.

MOCO Museum to kolejna nowość (i za to kocham Londyn – zawsze znajdzie się coś świeżego, czego jeszcze się nie widziało). Generalnie nie jestem wielką fanką sztuki nowoczesnej i konceptualnej, ale strona internetowa mnie skusiła i… nie żałuję, że wydałam te 20 funtów. Z artystów kojarzyłam głównie Warhola, Banksy’ego, Basquiata i oczywiście Marinę Abramović, ale cała wystawa robiła wrażenie. Wszystkie instalacje, obrazy, obiekty – wywoływały emocje i dawały do myślenia. Czasem warto się otworzyć na coś nowego, nie tylko klaska i klasyka. 😊

Ku mojemu zaskoczeniu, wystawione były też prace… Robbiego Williamsa. Tak, tego Robbiego z Take That. I tak – są to zabawne teksty z prostą grafiką, niektóre z przesłaniem, trochę jak kartki urodzinowe w wersji „arty”. Gdyby nazwisko brzmiało inaczej, pewnie nikt by tego nie wystawił, ale wiadomo – nazwisko robi robotę. Nie hejtuję, po prostu trochę kontrast z Abramović i spółką.

Z rozpędu zajrzałam też do National Gallery – zawsze lubię tam wpaść na szybki kontakt z klasyką. Ale o tym już w kolejnym poście, bo – jak wiecie – obrazy często inspirują mnie do odkrywania ciekawostek o ich autorach i bohaterach.

Na koniec – szok przy powrocie. Kto lata Ryanairem, ten wie: najpierw się czeka przy schodach, potem się tworzy dwie kolejki na tych samych schodach, potem się stoi w kolejce do schodów do samolotu. Tymczasem ogłosili numer bramki, ja się zebrałam, doszłam w 10 minut, a tam już boarding pełną parą – od razu na pokład, bez przestojów. Gotowi do startu 15 minut przed czasem. WOW.

Może jeszcze tej jesieni wyskoczę do Londynu na jeden dzień… Kto wie!

10 uwag do wpisu “Co nowego w Londynie?

Dodaj odpowiedź do Ewa (Dublinia) Anuluj pisanie odpowiedzi

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.